czwartek, 19 lipca 2018

I'm lovin', I'm livin', I'm pickin' it up

Czwartek, 19.07.2018. Zdecydowanie niezapomniany dzień.
Wyobrażałem go sobie nie raz. Dawniej wydawało mi się, że będę skakał z radości pod sufit niszcząc go przy tym.
Jednak jest nieco inaczej...
Ciężar emocjonalny mi na to nie pozwala.
Dostałem się na wymarzone studia do klasy prowadzonej przez rodzimą Legendę, najwspanialszego Profesora, jakiego poznałem w życiu. Wspaniały artysta, fenomenalny, wyrozumiały pedagog, inspirujący w każdym aspekcie. Człowiek, który pozwolił, żeby moja nadzieja na spełnienie marzeń się odrodziła i pomagał mi jak tylko mógł, dawał siłę, żebym osiągnął to, czego pragnę z całego serca, za co będę dozgonnie wdzięczny. To wszystko na jednej z najlepszych uczelni muzycznych w kraju w gronie cudownych przyjaciół i z szansą poznania kolejnych. Do tego cały nakład pracy i wyrzeczeń, jakie poświęciłem, by to się mogło stać i udało się. Nie każdy ma tyle szczęścia.
Powinienem się bezwarunkowo cieszyć! Pękać ze szczęścia, nie?
Powinienem...
Przez miniony rok studiowałem na innej akademii muzycznej ten sam kierunek.
Poszedłem tam, delikatnie mówiąc, z przypadku, żeby nie marnować kolejnego roku, a no i żeby się czegoś może jednak nauczyć.
I to ten ciężar.
Poznałem tyle wspaniałych, ciepłych osób, które towarzyszyły mi codziennie w studenckich zmaganiach, w tym kompletnie innym dla mnie świecie w porównaniu do poprzednich, jakże "naukowych" studiów. Zaprzyjaźniłem się z częścią z Nich, w końcu tyle razem przeżyliśmy. Często na zajęciach z aktorstwa czy interpretacji wypruwaliśmy całe swoje emocjonalne wnętrzności na zewnątrz i to właśnie w swoim towarzystwie. Każdy przechodził przez pełen wachlarz zadań i emocji, a inni wspierali, śmiali się, płakali, byli. Nasze muzyczne etiudy, gdzie każdy momentami wyglądał co najmniej, jakby częściowo był naćpany, a częściowo był po wylewie... Jednak nikt nie oceniał, po prostu byliśmy sobą i dla siebie. Przełamywaliśmy swoje słabości i się rozwijaliśmy. Jakie to było miłe, gdy każdy po kolei z dnia na dzień coraz bardziej zachwycał swoimi możliwościami i talentem. To jak oglądanie rozwijającego się pąku róży, gdzie na początku widać już barwę i czuć lekko tę słodką woń. Tak rodzą się artyści. Poprzez codzienną ciężką pracę i przełamywanie coraz to bardziej absurdalnych barier.
Ciało pedagogiczne to druga część tego ciężaru tęsknoty. Moi profesorowie, z którymi miałem zajęcia indywidualne- każdy pełen serca, cierpliwości, chęci do pracy i do dzielenia się tym, co ma najcenniejszego- wiedzą. Nawet w chwili, gdy powiedziałem Im, że rozważam zmianę uczelni, gdyż tego wymaga moja sytuacja życiowa, to byli dla mnie wsparciem i służyli pomocą. Nikt się nie obrażał, nie złościł. Rozumieli.
To wszystko skutkuje tym, że siedzę sobie w ten deszczowy dzień w fotelu. Siedzę z herbatą malinową i ryczę. Na zmianę. Raz z nieopisanej radości, jaka może towarzyszyć tylko spełnianiu swoich największych, życiowych marzeń, a raz ze smutku, że muszę zostawić to całe życie, które prowadziłem przez miniony rok, niejako za sobą. Że już nie będę widywał na co dzień tych twarzy, które życzyłbym sobie widzieć jak najczęściej. Jednak w życiu, jak to w życiu. Nie można mieć wszystkiego. Dlatego wierzę, że nie zapomnicie o mnie, nawet jeśli będę gdzieś daleko, bo ja o Was nie zapomnę nigdy.
Prywata:
Jeśli któreś z Was to czyta, to dziękuję Wam za miniony rok. Wiedzcie, że już zawsze będziecie dla mnie nieopisanie ważni i że już tęsknię zużywając domowe zapasy chusteczek i ledwo widząc, co piszę. Zawsze będziecie mile widziani, gdziekolwiek akurat bym nie był. Dziękuję, kocham, tęsknię.


sobota, 14 lipca 2018

reakTYwacja

Dzień dobry wieczór!

Jestem Adaś. Jakimś sposobem znalazłem w sobie resztki zapału, żeby ze skompresowanego pliku html przekopiować stare posty (większości ich treści już nie pamiętam) na tę nową platformę, bo starą mi zamknęli. Chamy.

No nic, otóż jestem. Cieszycie się? Wątpię.

Jednak nie przeszkadza mi to w pisaniu, co mi głupota na palce przyniesie bez poczucia wstydu i publikowaniu tego na ogólnodostępnej platformie blogerskiej. Taki jestem szalony.

Od ostatniego posta wiele czasu minęło i wody (często z kreską) upłynęło. Wiele się wydarzyło. Poznałem całe rzesze pięknych osób, ale też tych paskudnych. Porównywalna ilość dawnych znajomych zdążyła już o mnie zapomnieć i wymazać większość śladów starej znajomości. Im też chwała za to.

Dlaczego znowu zdecydowałem się pisać?
Bo chcę. To za mało? Ludzie mnie chwalili i łechtali moje nienasycone ego, co mnie zachęciło, bo kto tego nie lubi...

Jest prawie 2 w nocy, zamiast pisać kolejny fragment pracy dyplomowej, to ja sobie rozmyślam o życiu, cieszę się, że znowu zmieniam studia (po raz, kurwa, czwarty) i piję herbatkę. Zwykłą. Czarną. Z cytryną. Niebywałe, nie?

Mama krąży w amoku pakowania się na wakacje. Myśli, że uczę się, choć wyśmiałem te podejrzenia. Nadal sądzi, że o czymś zapomniałem i dlatego zarywam wieczór. Hihi, nie.

Jak wspomniałem, zmieniam studia. To nie jest tak, że żadnych nie kontynuuję, bo zaoczne już prawie kończę, a na dziennych... no były wędrówki, których ani trochę nie żałuję. W międzyczasie po prostu odzyskałem swoje jaja i miałem odwagę zawalczyć o swoje.

O swoje? Czyli o co niby...

O marzenia.

A ten znowu o jednym...

A znowu, Kluseczki. Już w minionym roku studiowałem wokalistykę w otoczeniu moich drogich przyjaciół. Jednak wiedziałem, że to jest dopiero wstęp. Zatem zdawałem na uczelnię, na którą łatwo dostać się nie jest... No i się, kurka, dostałem. Oni jeszcze nie wiedzą...

Będę w klasie Profesora, o nauce u którego marzyłem od kiedy zacząłem myśleć na poważnie o śpiewie. Jakimś sposobem stało się tak, że Jemu też zaczęło zależeć, żebym się uczył w Jego klasie. Do dzisiaj tego nie ogarniam, a jednak. Taki ten los przewrotny.

Jestem Profesorowi wdzięczny, jak mało komu na tym świecie. To On pozwolił mi na nowo uwierzyć w siebie, przytulić swoje marzenia i zacząć je okrutnie, ostentacyjnie realizować, a kolejnymi sukcesami zatykać gęby osób, które nie potrafią się cieszyć cudzym szczęściem. To mój mentor i przyjaciel bliski sercu. Czego by można chcieć więcej...

Od kiedy nabrałem odwagi na realizację siebie, okazuje się, że fajni ludzie sami jakoś wyrastają w pobliżu. Coś jak pleśń na chlebie, który został na wakacje w plecaku. Tylko Ci ludzie są przyjemniejsi, niż ta kolonia grzybków. No może większość z nich...

Ogółem to dzisiaj taki luźniejszy post, żeby pokazać się i oznajmić próbę powrotu na regularniejsze tory. No i żeby ostrzec, że jestem jeszcze bardziej chamski niż wcześniej, ale no cóż... takie życie.

A teraz, Moje Ptysie,
Dobrej nocy wszystkim i najdziwniejszych snów, jakie kiedykolwiek mieliście!

Początek końca


Nie wiem jakim cudem tutaj trafiliście, ale jeżeli to czytacie, to w pewien sposób spełnia się jedno z moich marzeń. Ktoś wreszcie mnie słucha i zwraca uwagę na to, co mówię.
Pewnie przesadzam, mam zły humor...
Możliwe. Tak, mam. Aczkolwiek to nie zmienia faktu, że ludzie dorośli, to jest "doroślejsi", mają zazwyczaj rozdmuchane ego w sytuacjach, gdy ich racje są konfrontowane z racjami młodszych.
Będę się starał na tym blogu pokazać w jakiś sposób myślenie ludzi mojego pokroju. Można teraz spytać jacy to ludzie...
Jestem młody, nie najgłupszy, maturę zdałem, na studia chcę/chciałem (o tym później), najmłodszy z rodzeństwa ze sporą różnicą wieku, mam swój styl, swoje zdanie, nie lubię, jak ktoś jest głupi, a próbuje udowodnić mi, że ma rację, mimo, że kompletnie się myli. Poza tym interesuję się mnóstwem różnych aspektów życia. Od nauk ścisłych, przyrodniczych itd, poprzez sztukę, głównie muzykę, po sferę duchową, religijną, ezoteryczną. Lubię czytać, słuchać muzyki, uczyć się, poznawać konstrukcję świata, zagłębiać się w ludzką psychikę i wiele innych. Lubię też spać, jak chyba każdy nastolatek.
Skąd nazwa bloga?
Otóż historia prosta. Kupiłem książkę. W niej był polecany link, zrobiłem test i okazało się, że mój umysł jest w 91% psychopatyczny. Szczerze mówiąc, za to kocham siebie najbardziej.
Dzisiaj humor z gatunku tych gorszych. Stąd piosenka, polecam.


Yeah, you're liar

Czas na część bardziej spostrzegawczą. Moje marudzenie chwilowo w kąt, teraz o czym innym.
Pytanie jest następujące!
"Jak zrazić do siebie wszystkich ludzi?"
Można sobie pomyśleć, że trzeba zrobić coś naprawdę potwornego, żeby tak się stało.
Otóż nie!
Wystarczy słuchać, zdawałoby się, nieomylnych racji etycznych. Etyka- coraz bardziej odsuwana na dalszy plan, coraz mniej respektowana. Może dlatego, że się często myli?
Wracając...
Otóż sposobem na zostanie "wyklętym" jest... MÓWIENIE PRAWDY. Ludzie tak naprawdę więcej kłamią niż są szczerzy. Kto mówi zaprzyjaźnionej sąsiadce, która często częstuje nas jeszcze ciepłym ciastem, że fatalnie wygląda w nowych leginsach, w których właśnie przechadza się po domu, albo kto powie ukochanej babci, że dzisiaj akurat trochę przesoliła zupę, szczególnie, gdy widzimy jak wielką radość jej sprawia rodzinny obiad przy wspólnym stole? Niewielu jest takich "potworów" na świecie. Ale chwila! Czy tego właśnie nie wpajają nam rodzice w dzieciństwie? "SYNKU, MÓW ZAWSZE PRAWDĘ, BO KŁAMSTWO MA KRÓTKIE NOGI!" Doskonale pamiętam czasy, kiedy szczególnie ci mniej błyskotliwi znajomi bali się, że nie urosną, jak będą kłamać.
Fakty są takie, że jeżeli będziemy "nadużywać" prawdomówność (a patrząc na powyższe przykłady łatwo odnotować, że wbrew pozorom jest to możliwe) to szybko stracimy w oczach wielu ludzi i zostaniemy okrzyknięci niewychowanymi chamami.
No, racja, przecież to takie potworne, że komuś koza z nosa wystaje i zwrócę mu na to uwagę. Jestem takim plugawcem, bo lepiej, żeby mu swobodnie dyndała na wietrze i obrzydzała kolejne osoby, które ją zauważą!
No dobra, już wiadomo o co chodzi. Ale czy w takim razie mamy namiętnie kłamać w każdej sytuacji?
To by było chore. Ba! Nawet diagnozuje się patologiczną kłamliwość, gdzie kłamca nie zawsze jest świadom swojego nagminnego wymijania prawdy. Kłamliwość jest też przypisywana jako cecha występująca często u osób z wysokim wskaźnikiem psychopatii. (O samej psychopatii też kiedy indziej, bo to rozległe zagadnienie.)
W każdym razie w tej sytuacji jest jak ze wszystkim. Po to człowiek ma mózg i rozum (tak, ludzie są rozumni, mimo że często społeczeństwo chce jednak podważyć tę prawdę), żeby z nich korzystać w sposób, do którego są przygotowane. Musimy się natrudzić i znaleźć złoty środek. Mówimy prawdę zawsze, kiedy jest to możliwe. Można ją pominąć jedynie w sytuacjach, w których szykujemy jakąś niespodziankę, albo nie chcemy kogoś krzywdzić.
Dla jasności. Nie okłamujemy żony, że nie mamy kochanki, żeby jej nie zranić, tylko mówimy prawdę, bo wiadomo, im  płytsza rana, tym mniej się jątrzy, a kłamstwo w takiej sytuacji (zatajanie prawdy, to też kłamstwo) to zwyczajna podłość. Możemy natomiast bratu powiedzieć, że idziemy wieczorem do pracy, a tymczasem będzie czekać na niego urodzinowa impreza niespodzianka, którą sprytnie zorganizujemy pod jego nieobecność w domu. Przykłady z sąsiadką i z babcią też są za tym, żeby jednak skłamać, bo prawda wyrządzi w takim wypadku więcej krzywdy niż kłamstwo. Jest to odstępstwo uzasadnione.
Podsumowując...
Wszelkie kłamstwa dla własnej wygody, to jedynie prostactwo i nieodpowiedzialność, ale są sytuacje, gdzie kłamstwo będzie zbawienne, a prawda niepożądana.

Na zakończenie piosenka w klimacie:

Thoughtless

Teraz zagadka.
Czego jest coraz więcej na świecie, co doprowadza wielu ludzi do obłędu, autodestrukcji i innych negatywnych skutków, a na dodatek dzieli ludzi?
Głód? Wojna? Choroby?
Otóż nie. Powyższe rzeczy zazwyczaj sprawiają, że ludzie się łączą, grupują i współpracują. Więc o co mi znowu chodzi?
O nienawiść. Z mediów znamy ją jako "hejty".
Jej pokłady rosną w zatrważającym tempie, a ludzie nic nie robią, żeby temu zapobiec.
Sąsiedzi się nienawidzą, bo jeden ma nowy, sportowy samochód, a drugi szczęśliwą rodzinę, z którą może spędzać każdą chwilę życia.
Siostry się nienawidzą, bo jedna ma większy biust, druga gęstsze włosy.
Kluby sportowe się nienawidzą, bo ich drużyny ze sobą rywalizują.
Białoskóry nienawidzi ciemnoskórego, bo "kradnie miejsca pracy rodakom" (tak, słyszałem takie argumenty), a ciemnoskóry nienawidzi "białasa", bo ten jest innego wyznania.
Aż mam ochotę zapytać dosadnie: NA CHUJ TO WSZYSTKO?! CZY WAS LUDZIE DO RESZTY POJEBAŁO?!
Ale, że jestem spokojnym, młodym, kulturalnym człowiekiem, to...
Nie, jednak nie jestem, więc:
CZY WAS NAPRAWDĘ POPIERDOLIŁO?
Zamiast zazdrościć, nienawidzić czy złościć się, nie łatwiej jest zwyczajnie kochać? Ludzie popełniają samobójstwa przez WAS. Dokładnie przez to, że nie potraficie się wyżyć w cywilizowany sposób i żeby pokarmić własne ego, próbujecie zgnoić innych. Czy człowiek z głupim profilowym na fb naprawdę zasłużył, żebyście przeklęli całą jego rodzinę? Czy to, że ktoś modli się w cerkwi, porozumiewa się w innym języku, albo po prostu ubiera się inaczej niż wy, jest powodem do tego, żeby zwyzywać go, pobić czy nawet zamordować? Znęcanie się psychiczne skutkujące zachowaniami autodestrukcyjnymi, jak samookaleczenia, a nawet samobójstwem też jest swego rodzaju mordem. Wystarczy odpuścić i "pokochać bliźniego". Okazać ludzkie emocje. To naprawdę nie boli!
Tak, wiem, że brzmi to dość infantylnie, ale...
Nie chodzi mi zaraz o całowanie wszystkich po piętach, ale jeżeli nie zaczniemy się szanować, a nawet lubić, to w końcu każdy z nas może się znaleźć w sytuacji, w której będzie potrzebował pomocy, a co najwyżej usłyszy:
POCAŁUJ MNIE
.
.
.
w dupę.
Od siebie dodam, że przez jakiś czas, kiedy skumulowała się we mnie nienawiść do pewnych osób, sytuacji, a nawet uczuć, usiłowałem robić sobie wrogów z każdego, kto tylko w jakikolwiek sposób mi nie podpasował.
Od razu dodam też, że to nie działa za dobrze. Takie zachowania powodują tylko dodatkowe spięcia, plotki, obelgi, "hejty", a przez to poziom frustracji wrasta do niewyobrażalnych rozmiarów. Oczywiście nie jest to też neutralne dla organizmu. Zauważyłem, że w tym czasie zdecydowanie gorzej się czułem, miałem problemy z koncentracją, byłem ogólnie drażliwy, wiecznie zmęczony i nawet moje pasje nie cieszyły mnie tak, jak zazwyczaj mnie cieszą.

Dobra. Problem chyba wystarczająco tknięty. To nadszedł czas na propozycję poradzenia sobie z nim.

Według mnie najskuteczniejsze będzie po prostu szukanie cech, które nas łączą z innymi, zamiast tych, które nas dzielą.

Dla przykładu.
Ja uwielbiam metal, rock i jestem punkiem. Gram na gitarze, śpiewam, nagrywam kawałki, piszę teksty o tym, jak bardzo irytuje mnie niesprawiedliwość.
Znajomy jest miłośnikiem sportowego stylu ubioru (tzw "dresem"), słucha rapsów, ma kumpli, z którymi w undergroundzie koncertują przed innymi miłośnikami takiej muzyki, którzy podobnie jak on, są zdołowani "betonowymi realiami".
Można rzec, że to dwa przeciwstawne światy. Można się z tym zgodzić i wykluczyć się nawzajem. Tylko po co?
Można przecież równie dobrze zauważyć, że obaj bohaterowie mają pasję, na dodatek taką samą- MUZYKĘ- i nie przepadają za tym, co się dzieje w ich okolicy. To człowiek wymyślił podziały na gatunki, style i tym podobne, ale muzyka zawsze pozostanie muzyką, a człowiek pozostanie człowiekiem. Coś, co dotychczas dzieliło dwójkę ludzi, może ich połączyć.
Co z tego, że ja słucham metalu, klasyki i ogółem trudnej w odbiorze muzyki, a kolega wielbi stare, dobre disco-polo? Jesteśmy super kumplami, dobrze się dogadujemy i dziękuję Bogu, że Go poznałem.
Dążąc do konkluzji.
Nie wykluczajmy ludzi ze względu na to, że interesują się czymś pozornie innym, od tego, co pochłania naszą uwagę. Wystarczy przyjrzeć się uważniej, a zauważymy, że łączy nas więcej, niż moglibyśmy się kiedykolwiek spodziewać. Każdy potrzebuje akceptacji, inaczej czuje się samotny. Dzięki temu, że komuś oferujemy akceptację, mamy ogromną szansę na to, żeby samemu ją zdobyć, a jedynie człowiek wolny (zarówno fizycznie, jak i psychicznie) może być szczęśliwy.

Tym pokojowym akcentem kończę wpis. Polecam to do przemyślenia, a jak wiadomo, najlepiej myśli się przy muzyce, więc standardowo pozycja z mojej muzycznej biblioteczki:


Like the sun

Like the sun we will live to rise,
Like the sun we will live and die,
And then ignite again,
Like the sun we will live to rise again"

Jak pewnie niektórzy wiedzą, jest to cytat z piosenki (z resztą mojej ulubionej) zespołu Soundgarden. Pomijając fakt, że jest to fenomenalny zespół z genialnym wokalistą zaklasyfikowanym na 4. miejscu listy 100 wokalistów wszech czasów według Hit Parader, chciałbym odnieść się do przywołanego cytatu, który trafia w tematykę dzisiejszego wpisu.
Więc o czym dzisiaj pomarudzę?
Nie, nie o słoneczku, chociaż gimbusy mogą posmutnieć. (Bez urazy, moi drodzy. ;) )
Dzisiaj skieruję uwagę na zagadnienie zwane upartością.
Bez wątpienia upartość, to swego rodzaju siła. Nie jest to byle jaka siła. To ona właśnie pozwala nam na dążenie do wcześniej wyznaczonych sobie celów i osiąganie ich.
Ale skąd wziąć jakiś życiowy cel?
Wystarczy wsłuchać się w siebie. Nie tego siebie, którym jesteśmy w towarzystwie kumpli, czy w otoczeniu rodziny, ale w tę część siebie, którą jesteśmy tylko przed sobą. Dopiero wtedy możemy dostrzec, na czym tak naprawdę nam zależy. Nie porzucajcie nigdy swojej muzy, bo Ona może być matką Waszego życiowego sukcesu.
Jeżeli już jesteście sobą i wiecie na czym Wam zależy, myślcie o tym jak najwięcej i w towarzystwie jak najlepszych emocji. Uczucia i emocje to ogromna energia, mogą Wam pomóc zrealizować marzenia.
Jeżeli już wena Was odwiedziła, to właśnie upartość pomoże Wam w realizacji celu, tylko musicie o Nią dbać, podsycając Jej ogień wizją spełnienia go. Obrazem tego, co chcecie osiągnąć.

Ogień upartości niczym kowalski skwar
Z pomysłu, którym jest od weny dar
Wykuć pomoże losu kręte szyny
Po których przez życie szalenie dążymy.

Jeżeli jednak przez chwilę Wasz entuzjazm przygaśnie, Wasz zapał, a z nim upartość zgasną całkowicie.
A kto wie, czy to nie był akurat ten moment życia, który miał odmienić całkowicie Wasze losy?
Dlatego nigdy nie możecie się poddawać. Nie ważne, czy chodzi o pojedynczą rację w jakiejś sprawie, czy o Wasz projekt, czy o najskrytsze marzenie. NIGDY, ALE TO NIGDY NIE MOŻNA ODPUSZCZAĆ.
Jeżeli ktoś z Wami rywalizuje, to musicie być nie tylko uparci, ale bardziej zdeterminowani niż on. Tylko wtedy macie szansę na swój osobisty sukces. Nikt nie zwycięża przeciętnością, tylko właśnie tym, że się w czymś wyróżnia.

Dlatego starannie pielęgnujcie swoją upartość, a jeżeli ktoś Wam powie już kiedyś, że jesteście jak osioł, to skromnie podziękujcie!


Na koniec cała piosenka, enjoy:

Kiss my A$$

Siemanko po raz kolejny!

Po tekstach o nienawiści i odwadze, chciałbym Was zachęcić do bycia sobą. Po prostu.
Zacznę od tego, że nie wierzę w takie coś jak zmiana. Precyzując- zmiana charakteru. Według mnie charakter to część biologiczna, jak grupa krwi i kolor tęczówki. Nie da się tego zmienić tak o, bo chcę. Można zmienić zachowania, ale jeżeli zmienimy je wbrew sobie, to ani nie będą owocne, ani nie będziemy się z nimi dobrze czuć. Nasuwa się tu motyw maski z "Ferdydurke", ale dokładnie o to mi właśnie chodzi. Tylko ja uważam, że nie jesteśmy zmuszeni do przywdziewania masek mimowolnie i ciągle. Możemy być prawdziwym sobą, ale zazwyczaj boimy się tego i nasz strach nas zmusza do wpasowywania się w oczekiwania innych, otaczających nas ludzi.
Tylko właściwie po co?
Nie łatwiej żyć ze sobą w zgodzie? Teoretycznie nie jest to łatwe, bo często spotkamy się z krytyką, zazwyczaj wręcz obelgami. Bo jesteśmy "inni". Ale czy to naprawdę źle? Czy to jest złe, że każdy jest inny, unikatowy i niepowtarzalny? Czy jeżeli byłby drugi Jan Paweł II, to wszyscy wierni pokochaliby Go tak samo? Czy jeżeli byłaby druga Kim Kardashian, to czy Jej pośladki wzbudzałyby nadal tak wielkie zainteresowanie? No wątpię.
Dlatego też zacznijmy szanować siebie i to, jacy jesteśmy NAPRAWDĘ. Bez doklejania się na siłę w społeczny patchwork.
Żeby ułatwić to sobie, musimy to ułatwić też innym. Jeżeli sami przestaniemy prześladować (tak, prześladować, bo każde docinki, obelgi i wyzwiska odnośnie kogoś, to po prostu prześladowanie i nękanie) innych za to, jacy są, my też będziemy mogli być sobą. Wymagaj od siebie zawsze więcej niż wymagasz od innych. Nie, nie chodzi tu o to, że skoro Ty masz dresy, kompletów pięć, to inni muszą mieć co najmniej jeden. Jeżeli chcesz, by inni szanowali Ciebie, Twój styl, Twoją pasję i Twoje życie, rób to samo wobec nich.
Jak jednak zacząć to wszystko? Jak poradzić sobie na początku, kiedy słyszymy nieprzychylne komentarze zakompleksionych obserwatorów, którzy mają ze sobą problem, dlatego próbują zgnoić innych?
Wystarczy mieć ich zwyczajnie w dupie. Zajmij się człowieku sobą. Czy zmieni coś to, że ktoś powie, że masz ładną koszulkę? No dobra, będzie Ci miło przez chwilę. Ale jak ktoś powie, że rozcięty język jest fajny, to go sobie haratniesz? No ja bym nigdy tego nie zrobił (ale jeżeli ktoś to lubi, to też mi to nie przeszkadza, mimo, że kompletnie mi się to nie podoba). Dlatego po prostu róbmy wszystko, żeby dobrze się czuć ze sobą, a jeżeli komuś się to spodoba, to fajnie. Jeżeli nie, to jego problem, bo Tobie z tym dobrze. Nie staraj się zadowolić innych swoim kosztem, tylko rób to dla siebie. Trochę egoizmu nie zaszkodzi. ;)

Znowu tekst-tasiemiec, ale musicie mi to wybaczyć, bo inaczej nie umiem, ale przynajmniej wiem, że ujmuję aspekty, które ująć pragnę i mi z tym dobrze!

Czas na piosenkę!
Miłego:


E...unuch?


Erudyta. Nie mylić z eunuchem. Według słownika osoba oczytana, z dużą, rozległą wiedzą. Jednak kiedyś spotkałem się z innym wyjaśnieniem tego pojęcia. "Osoba, która wiedzę czerpie z każdego możliwego źródła". Tłumacząc, nie chodzi tu o to, że ktoś uczy się 24/7, a raczej o to, że nawet z bajki dla przedszkolaków potrafi wyciągnąć jakieś życiowe lekcje.
Dlaczego o tym piszę?
Podobno jestem erudytą.
Czy jest to fajne?
Zdecydowanie tak.
Czy łatwiej mi przez to w życiu?
Tu odpowiedź już nie jest taka prosta, bo jak wszystko, ma to swoje wady i zalety.
Może najpierw przedstawię te najistotniejsze pozytywy i negatywy.
Wiadomo, łatwiej w szkole, mniej trudności sprawia mi łączenie faktów, łatwiej zapamiętuję (często nawet głupoty teoretycznie nikomu do życia niepotrzebne). Ogółem potrafię często ogarnąć wiedzę ponad mój aktualny w danym czasie poziom edukacji. Nie zawsze, ale zdarza się. Poza tym jestem dość uniwersalny. Lubię zarówno tak zwane nauki humanistyczne, przyrodnicze i ścisłe. Właściwie dla mnie te podziały nie istnieją, bo to wszystko po prostu dotyczy świata i życia, a jak wiadomo, świat to świat. Cała wielka wspólna koegzystencja.
Negatywy.
Tu się zaczyna ciemna strona mocy... Oczywiście chciałbym zaznaczyć, że to, co tu piszę, jest mocno subiektywne. W każdym razie, jak w tytule. Erudycja to nieposkromiona i nienasycona żądza. Żądza wiedzy. Jeżeli nie przyswoję jakiejś dziennej dawki informacji, to zwyczajnie nie zasnę. Po takich "pustych dniach" nadchodzi barwna noc, gdzie rozmyślam nad milionem spraw, przez co zasypiam "bardzo wcześnie". Zazwyczaj koło 4 albo 5 nad ranem. Problem jest też z podejmowaniem decyzji odnośnie drogi życiowej. W trakcie myślenia o kierunku studiów przebrnąłem przez wokalistykę klasyczną, musicalową, pirotechnikę, biotechnologię, architekturę, medycynę sądową, ogrodnictwo, prawo, psychologię, neuroinformatykę, biofizykę molekularną, inżynierię nanostruktur i wiele innych. Po prostu nie umiem się skupić na jednej dziedzinie, tylko potrzebuję stymulacji z różnych zakresów. Przykładowo rano poczytam o nanobotach w medycynie, a wieczór spędzę z tomikiem Słowackiego. Można też zauważyć nie lada problemy z komunikacją społeczną. Czasami, jak się rozpędzę, to zaczynam przytaczać zbyt dużo faktów, czy też ujmuję temat zbyt szeroko, przez co zanudzam swojego rozmówcę.
Z takich bardziej przyziemnych rzeczy, to na przykład bolesne jest to, ile pieniędzy wydaję na książki, gazety...
No i w trakcie oglądania filmu, albo na lekcji, gdy usłyszę jakiś ciekawy tekst, to potrafię się zawiesić na wystarczająco dużo czasu, żeby kompletnie pogubić się w fabule/tematyce.
Teraz mały poradnik.
Jeżeli masz problemy z nauką, albo chcesz się uczyć jeszcze efektywniej, to jest kilka sposobów, by nauczyć swój mózg tego nieprzemijającego głodu nowinek.
Co prawda ja swoją ciekawość mam wrodzoną w pewnym stopniu, ale widzę, jak bardzo się rozwinęła w przeciągu tych 19 lat życia. Aczkolwiek właśnie kluczowym elementem napędzającym żądzę wiedzy, czyli ten stan, kiedy mózg o wiele chętniej chłonie informacje, jest ciekawość. Musicie sami siebie zaciekawić rzeczami, których chcecie się nauczyć. Na przykład macie sprawdzian z historii, ale kompletnie nie interesujecie się II Wojną Światową. Poszukajcie jednak elementów, które Was zaciekawią, na przykład stosowane bronie chemiczne, które były dość istotne dla całego konfliktu, a jeżeli już mózg nastawi się na te tory przyswajania kolejnych informacji, to możecie wpleść pomiędzy czytane artykuły podręcznik, w którym macie te mniej fascynujące wątki. Wtedy nie dość, że nauczycie się na sprawdzian z podręcznika określone tematy, to macie jeszcze większy zakres wiedzy i poświęcicie na to wszystko mniej wysiłku, niż na wkuwanie na blachę.
Kolejnym elementem jest po prostu pytanie samego siebie o to, jak działają otaczające nas rzeczy, mechanizmy czy zjawiska. Najpierw sami pogłówkujcie, zastanówcie się, czy kiedyś skądś o tym danym czymś nie słyszeliście. Jeżeli nie, to od czego macie internet? Tak, w internecie jest więcej możliwości niż tylko zwiedzanie FB czy pudelka.
Dodatkowo polecam pochylanie się nad cytatami, poezją i artykułami, które być może nawet zawierają mało życiowe mądrości, albo wręcz banalne, ale potraktujcie to jak pompki na siłowni. Zawsze to jakieś ćwiczenie. Może doktoratu za to nie zdobędziecie, ale każdy trening to dobry trening. Pod warunkiem, że przeprowadzony z rozsądkiem.
Znajdźcie też coś, co stymuluje Waszą kreatywność. Ja najlepiej czuję się w towarzystwie muzyki. Jest to dla mnie tak bogate źródło emocji i przeżyć, że mogę dumać samotnie w towarzystwie tych uporządkowanych nut całymi godzinami. Może to dość absurdalne, ale najlepiej mi się myśli przy jak najcięższej muzyce. Co nie wyklucza tego, że kogoś może bardziej "doładowywać" szum strumyka.
Nauczcie się też słuchać otoczenia. Kto może Nas więcej nauczyć o życiu niż sam świat? Przyjrzyj się zwierzętom, sąsiadom, roślinom. Postaraj się je zrozumieć. Dlaczego, skąd i po co?
No i najważniejsze. Dużo fantazjujcie. Na różne tematy. Chociażby jakby mogło wyglądać skonstruowane przez Was perpetuum mobile, albo czy połączenie nożyczek i łyżki to dobry pomysł i dlaczego mogłoby być przydatne. Każda wywołana przez Was myśl, każdy impuls powoduje pracę mózgu, a z mózgiem jak z mięśniami. Ćwiczycie- są efekty, nie ćwiczycie- uwsteczniacie się. Dlaczego niby macie się uwsteczniać? Ludzie, którzy chcą mieć idealną sylwetkę ciągle na nią pracują, a nie ma tak, że raz wyrobią i tak zostanie do końca życia. To samo z naszym centrum dowodzenia.
W skrócie: kreatywne myślenie, szukanie tego co nas ciekawi i stymulacja zarówno poprzez suche fakty, jak i główkowanie i marzenia.
Dodatkowo polecam w miarę możliwości unikanie "ogłupiaczy". Są nimi dla przykładu monotonna muzyka, która nie ma żadnego ładunku emocjonalnego, za to wprowadza nas w jakiś robotyczny trans, filmiki w internecie, które nie wnoszą niczego poza propagowaniem głupoty i wszelkie inne źródła reklamujące nudność, stateczność i brak rozwoju, czy to emocjonalnego, czy umysłowego.
I pamiętajcie: ze wszystkiego da się wynieść jakąś mądrość- trzeba nauczyć się jedynie ją dostrzegać.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy przebrnęli przez ten wpis i życzę twórczego rozwoju!

Friends don't do like that

Oglądałem ostatnio pewien film i tak mnie natchnęło w kumulacji ze zdarzeniami z życia realnego, żeby napisać o przyjaźni.
Przyjaźń... Co to właściwie jest?
Podobno jest to rodzaj miłości szlachetniejszy i silniejszy od "zwykłego" zakochania w drugiej osobie, bo nie kierują nami pobudki fizyczne. Podobno jest ona też silniejsza od tej "normalnej miłości" pod warunkiem, że obie są prawdziwe. Szczegółów badań niestety nie przytoczę, bo nie pamiętam, który uniwersytet się tym zajmował.
Każdy z Nas ma potrzebę bliskości, a jedną z opcji jest właśnie przyjaźń. Bo kto ma Cię pocieszyć po tym, jak odszedł Twój chomik czy chłopak? No właśnie przyjaciel.
BTW sam mam przyjaciółkę, o której ludzie niejednokrotnie myśleli jako o mojej dziewczynie, a nasze rozmowy na pewno niejednego wprawiłyby w konsternację.
Ale żeby nie było tak słodko...
Zauważyłem, że znaczna część społeczeństwa jako przyjaźń rozumie tylko branie. Branie czasu, uwagi itp. Jest się przyjacielem dla kogoś, jak ten ktoś nie ma z kim jechać na zakupy do innego miasta, albo potrzebuje kompana do chlania po niezdanym egzaminie, ale jeżeli już Tobie się coś stanie, to przyjaciół nie ma.
Przyjaźń musi być ewidentnie związkiem partnerskim. Jeżeli ktoś Tobie poświęca uwagę, czas, energię, to Ty musisz tej osobie poświęcić się w takim samym stopniu, albo nawet większym. Egoizm tutaj nie pomoże. Jeżeli ktoś wysłuchał Ciebie i Ci pomógł, to Ty po "wysłuchaniu" Go nie powiesz mu "kurde, wyprowadź się do Uzbekistanu, tam nie będzie Twoich rodziców, znajomych, sąsiadów, więc Twoje problemy znikną", bo to idiotyzm.
Skoro jest to miłość, to chcesz też spędzać z tą osobą więcej czasu niż z innymi znajomymi. Potrafisz też rozmawiać na wszystkie tematy, które Was interesują/dotyczą.
No i nie może to wyglądać tak, że "he he, tak, jesteś moim najlepszym przyjacielem Franek, ale na imprezkę idę z Władkiem, bo jest śmieszniejszy, popularniejszy, gra zespole, a Ty i tak nie umiesz tańczyć". Słabe jest też wymaganie poświęcenia bez względu na wszystko. Szanujcie siebie i swoje potrzeby. No i swój czas, bo jego nigdy za wiele. Twój kot zrobił kupę na środku pokoju? Fajnie, ale jeżeli ciocia Twojego przyjaciela jest akurat w szpitalu, to raczej Jego to nie będzie bawić, bo jest myślami zupełnie gdzie indziej. Co najwyżej zrobi Mu się przykro, że Go nie wspierasz w trudnych dla Niego chwilach. Jakkolwiek, ale by się przydało.
Nie rozumiem też kompletnie jak można "ustawiać sobie" przyjaciół. Rozumiem, że ktoś może mieć naturę dominującą, ale przyjaciel to ktoś równy Tobie, nie możesz robić sobie z Niego biegającej za Tobą gąski. SZACUNEK. Możesz być wsparciem, podporą, szczególnie dla osób cichych, bojaźliwych, ale nie naczelnikiem, tyranem. Nawet jak się nie skarży, to jest to zwyczajnie żałosne.
Udawanie kogoś kim nie jesteś też nie należy do dobrych rozwiązań, żeby podtrzymać przyjaźń, bo może ktoś Cię lubi, a właściwie tego, kogo udajesz, ale Ty tylko masz z tego akceptację, a nie prawdziwą relację, bo ta osoba Cię nie zna. Dlatego po raz kolejny: NIGDY NIE BÓJ SIĘ BYĆ SOBĄ, BO TYLKO TWOJA PRAWDZIWA TWARZ JEST PIĘKNA. Prawdziwy przyjaciel żadnej innej nie będzie chciał znać.


Kolejny punkt żałości. Skoro przyjaźnisz się z kimś, to w towarzystwie też jesteście przyjaciółmi. Ludzie niczego nie zmieniają, a przynajmniej nie powinni. To samo z resztą odnosi się do związków. Jeżeli kogoś lubisz, a w towarzystwie zaczynasz Nim pomiatać, wyśmiewać, cokolwiek, żeby się pokazać, jaki to kozak z Ciebie, to idź i pierdolnij się w łeb, a na dodatek daj spokój tej osobie, bo na Nią nie zasługujesz. Co innego jeżeli wiecie na 101%, że nie powiecie czegoś za dużo i że ta osoba wie, że to tak z miłości. Aczkolwiek nigdy nie powinno to zaszkodzić imieniu drugiej osoby.
Dodatek- odnośnie wymagań. Jeżeli potrzebujesz 5 zł na bułkę, a przyjaciel mówi, że nie ma, ale może dać Ci kanapkę, co prawda nie z szynką parmeńską, ale ważne, żebyś nie był/a głodny/a to nie obrażaj się na Niego, bo On chciał Ci pomóc, tylko może nie do końca tak, jak sobie to wyobrażałeś/aś.

Podsumowanie...
Przyjaciel, to osoba, na którą możesz liczyć, ale która też może liczyć na Ciebie. Bezwarunkowo. Nie musicie się wstydzić siebie, ani udawać kogoś innego. Po prostu kochacie się za to, kim dla siebie jesteście.


Another brick in the wall

Dla wielu rozpoczął się kolejny rok szkolny. Mnóstwo moich znajomych zaczęło właśnie naukę w klasie maturalnej. Osobiście jestem po tegorocznej maturze i niedługo jadę na studia. Ponad 400 km od domu... Ze wszystkich jednak stron napływa negatywna energia. Można pomyśleć, że to oczywiste, że ludzie boją się o to, czy zdadzą egzamin dojrzałości. Ciekawą jednak sprawą jest to, że nie tym przejmują się najbardziej.
To czym w takim razie?
Życiem.
Znam mnóstwo wspaniałych osób, które mają swoją życiową miłość- pasję. Chcieliby robić coś w życiu, ale...
No właśnie. Ale:
-rodzice im nie pozwalają
-kumple ich wyśmiali/wyśmieją
-rodzina twierdzi, że to głupi pomysł
-boją się, że nie dadzą rady
-nie mają pieniędzy
-nie mają po prostu odwagi, by zaryzykować
Zaraz, zaraz. Zaryzykować?
Dokładnie. KAŻDA decyzja to pewne ryzyko. Idąc na studia też ryzykujemy, że akurat z przyczyn losowych ich nie ukończymy, że nam się jednak nie spodobają, że będziemy za słabi w stosunku do innych osób z takim samym dyplomem, żeby dostać pracę, albo po prostu dla ludzi z naszym wykształceniem pracy nie będzie.
No dobra. Racja.
Jedne decyzje wiążą się z większy ryzykiem, drugie z mniejszym.
Ale czy tak jest naprawdę?
Jeżeli będę się dobrze uczył, moim marzeniem będzie estrada, ale pójdę na prawo, bo po prawie zawsze jest dobra kasa, to czy ryzykuję mniej?
Nie.
Wtedy po pierwsze nie włożę w swoją pracę tyle serca, będę unieszczęśliwiony, wystąpi brak poczucia spełnienia, bo to będzie na siłę. Może w przyszłości dostanę depresji z tego powodu. Poza tym mogę żałować, że nie zaryzykowałem. Wybór rozsądny nie zawsze jest dobry. Jeżeli pójdę na studia wokalne, to może nie mam największej skali głosu na świecie, nie będę najlepszy technicznie, ale będę robił to, co kocham. Zauważcie, że najlepsza muzyka to ta, która ma duży ładunek emocjonalny. Ona wtedy jakby do nas przemawia.
Tak jest ze wszystkim.
Róbcie tylko to, co kochacie, chyba, że zależy od tego akurat Wasze życie, to można odstąpić na jakiś czas od drogi wskazanej przez serducho.
Ktoś mi teraz może zarzucić hipokryzję, bo sam chciałem iść na śpiew i to za granicę, ale w dupie się poprzewracało i idę na biofizykę i ogrodnictwo. Heh.
Otóż powiem tylko tyle, że to nie do końca rozsądek, chociaż mogłoby się tak zdawać.
Kocham rośliny od zerówki. To ewidentnie też moja życiowa pasja (jedna z kilku) i zawsze lubiłem wymyślać wygląd ogrodów niczym z bajki.
Biofizyka to na pewno nie wybór rozsądku, bo orłem nie jestem ani z matmy, ani z fizyki, ale bardzo mnie ciekawią te nauki, bo wiem, że to one pozwalają coraz lepiej zrozumieć i opisać świat, a chyba tego potrzebuję.
Śpiew natomiast odłożyłem w czasie. Chcę się wbić w klimat studiów, chcę, żeby głos dojrzał dokładnie, a śpiewu i muzyki nie porzucę nigdy. Takie już moje uzależnienie.
Teraz prosty apel, do wszystkich:
Po pierwsze nie kierujcie się oczekiwaniami od innych. W końcu to Wasze życie i wiecie, czego chcecie.
Po drugie, podejmujcie decyzje z serca. SWOJEGO SERCA. Oczywiście nie chodzi mi o to, że jak kochacie Biebsa, to jedziecie pod Jego dom, bo wierzycie, że Wam się oświadczy. Mam bardziej na myśli to, że nie można obawiać się ryzyka, bo ono występuje WSZĘDZIE. Nie ważne co zdecydujecie, zawsze, ale to ZAWSZE podejmujecie jakieś wyzwanie i jest obawa, że coś się sypnie. No i nie słuchajcie innych. Oni nie znają Was tak, jak Wy sami znacie siebie w głębi. Może Wasi przyjaciele, znajomi, rodzina chcą dla Was jak najlepiej, ale nie zapominajcie, że zawsze patrzą subiektywnie. To, co Oni pojmują za radość i szczęście, dla Was może być katorgą.
Po prostu nie bójcie się być sobą, bo nikt tak naprawdę nie ma prawa czy możliwości, by zabronić Wam bycia cegłą w murze z pustaków. Nie Wasza wina, że ktoś Was chciał tam upchać. ;)


X or Y

Coraz częściej da się zauważyć w jak odmiennym kierunku do pierwotnego idzie człowiek. Czy to jest właśnie ewolucja?
I nie mam na myśli tutaj powierzchni i rodzaju owłosienia, o czym na pewno niektórzy pomyśleli, chociaż to też się ciekawie rozwija, a właściwie zwija. No nieważne...
Kobiety stają się silne, niezależne. W końcu wywalczyły sobie równouprawnienie, więc jest to w jakiś sposób słuszne.
Mężczyźni są wrażliwi, kochający, troszczą się o swoją rodzinę całym sercem. No to jest przecież ideał mężczyzny według kobiet!

Ale czy aby na pewno?

Chyba jednak nie do końca, bo o ile równouprawnienie jest bardzo rozsądne w dzisiejszych czasach, o tyle całkowite odwrócenie pierwotnych ról już mniej.
Mężczyźni stają się utrzymankami swoich ukochanych, nie potrafią kulturalnie wyrazić swojego zdania, tylko są zakłopotani metaforycznym brakiem klejnotów rodowych. Spotykam swoich znajomych. Tych bliższych i tych mniej. Znaczną większość łączy kilka cech, które można wspólnie ująć tak, że chłopcy zwyczajnie niewieścieją.
Coraz większy odsetek facetów ma nieprawdopodobnie wysoki głos. Nawet jeden z wykładowców na mojej uczelni, gdy rozmawiał z innym, to był w mojej wyobraźni kobietą, do czasu aż się obróciłem. Facet z głosem 13-letniej niewiasty.
Dodatkowo posiadacze chromosomu Y ewidentnie boją się... odzywać.
Jeżeli już to robią, to albo niesamowicie cicho i zwięźle, żeby przypadkiem czegoś nie chlapnąć, albo gdy są w "swoim" towarzystwie i mają odwagę powiedzieć coś głośniej, tudzież krzyknąć. Dzisiejszy, gotujący się ze wściekłości mężczyzna nie wrzaśnie i nie walnie pięścią w stół. Co najwyżej zapiszczy pod nosem, delikatniej od pisklaka i chrząknie ze wzburzenia.
Kobiety natomiast w dzisiejszym świecie zdecydowanie częściej przeklinają, malują się tak, że dodają sobie minimum 10 lat, ubierają często niestosowne stroje. O ile mi wiadomo, duża część ludzi oddałaby cały majątek, żeby poczuć się jak 10 lat wstecz. Tymczasem panie, ze szczególną namiętnością działania te młode, pakują na twarz tyle make-up'u ile się tylko da i twierdzą, że wyglądają "kobieco".

Polemizowałbym.

Prawda jest taka, że ciężko spod tej maski rozpoznać, kto się pod nią chowa, więc raczej bym powiedział, że to idealny sposób na zakrycie siebie. Ucieczkę przed wzrokiem innych.

Wiem, że temat jest tylko "liźnięty". Nie ma tutaj żadnych faktów udowodnionych dokumentami. Są to moje codzienne obserwacje. Na pewno jednak chciałbym w przyszłości zająć się badaniami na ten temat. Kto wie, może mi się zdarzy. Jednak na ten moment to koniec tego wywodu.

UWAGA!!!

Zadanie dla Was. Rozejrzyjcie się w Waszym otoczeniu, czy widzicie podobne przypadki. Jeżeli zauważycie jakąś ciekawą zależność, to napiszcie do mnie z opisem Waszym spostrzeżeń!

Pozdrawiam z jakże pięknej Warszawy! :D

Mainstream

Ponownie temat studiów...

Tym razem z tej gorszej strony, także ci z Was, którzy nie mają ochoty na defekację nienawiścią, niech lepiej od razu wyjdą i cieszą się spokojną sobotą.

Dzisiaj w sumie nawiązanie do wczorajszego posta, ale inne ujęcie.
Przechodząc do meritum.

Jak często usłyszeliście od osoby na profilu biologiczno-chemicznym, że chce iść na coś innego, niż medycyna, stomatologia czy kosmetologia?
A jak często ktoś z profilu humanistycznego powiedział Wam, że nie planuje studiów prawniczych ani dziennikarskich?

Bo albo to ja pytam złych osób, albo jest tak, że zdecydowana większość ma w planach taką życiową drogę.
Ale właściwie dlaczego i czemu się tego czepiam?

Ponownie ujawnia się potęga marketingu.
Te kierunki są modne. Dlaczego? Bo można mieć po nich (przepraszam za kolokwializm) niezłą kasę.

Ha! No dobra. Ale czy tylko o to chodzi?
No nie, na nie najtrudniej się dostać, to jeszcze można pokazać komuś, że jest się lepszym.
Ludzie lubią się sztucznie dowartościowywać, bo są niesamowicie słabi psychicznie i nie potrafią istnieć bez akceptacji innych.
Z resztą...
Po co pracować po 8 godzin dziennie i zarabiać 2 tysiące na miesiąc, jak można za 15 minutową konsultację skasować 150 zł.

I tu jest właśnie problem.

Ludzie nie idą na medycynę czy prawo, bo to ich interesuje.
Traktują to raczej jako <strong>inwestycję</strong>. To nawet nie zawsze jest Ich wybór, tylko Ich rodziców.
Mam kolegę, który chciałby być informatykiem, ale idzie na medycynę. Przypadek?
Przyszli lekarze i prawnicy za młodu inwestują w prywatne lekcje, żeby porządnie zdać maturę. Na tyle porządnie, na ile wymagają uczelniane progi punktowe.

No dobrze. Mają prawo. Nauczyli się, to się dostali.
Ok, racja.

Aczkolwiek popatrzmy jeszcze dalej.
Takie studia to wieloletnia przeprawa. Studenci tych kierunków zazwyczaj nie mają czasu i siły, żeby jeszcze w trakcie roku akademickiego pracować, a chciałbym zauważyć, że nie każdych rodziców stać, żeby wyłożyć gotówkę nawet na kilkunastoletnie studia dziecka. Nie ważne, czy kochają to dziecko najmocniej na świecie, czy odrobinkę mniej. To jest horrendalna kwota pieniędzy. Na dodatek, rodzice mają obowiązek płacić tylko do 25 roku życia dziecka.
A później co?
Dla wielu niestety później jest już tylko koniec.
Państwo może powiedzieć, że są stypendia, zapomogi itd...
Niby są, ale to nie zawsze jest kwota pozwalająca przeżyć w obcym mieście. To nie jest też dla wszystkich. Stypendia są dla wybitnych studentów, a skoro im tak zależy, to niech się starają.
Ktoś jednak nie musi być akurat w danym roku najlepszy, chociażby z powodu przejściowych kłopotów zdrowotnych, a wtedy już pozamiatane.

Ja na przykład niesamowicie liczyłem na kredyt studencki. 600 zł miesięcznie, super sprawa. Spłacić trzeba, ale to spokojnie da radę. W końcu zaczyna się spłacać po studiach, a po to studiuję, żeby mieć pracę.
No cóż... Tata z powodów zdrowotnych przeszedł na zasiłek rehabilitacyjny, a tego prawo już nie przewidziało.
Prawo tamtego nie przewidziało, a ja próbuję teraz przewidzieć, czy dam radę finansowo wszystko ogarnąć, bo łatwo nie będzie.
Są osoby, które mają rodzica za granicą. Mają orzeczone alimenty, a to, że rodzic ich nie płaci, to już nasze prawo nie obchodzi.
Dlatego właśnie uważam, że sprawiedliwości nie ma nawet w szkolnictwie. Nie jest prawdą to, że pieniądze szczęścia nie dają, bo jeżeli dla kogoś, kto ma warunki intelektualne, szczęściem jest zostanie lekarzem i pomaganie ludziom w trudnych dla nich sytuacjach, bo choroby nigdy nie są miłe, a nie może nim zostać, bo nie stać go na utrzymanie się/dojazdy w trakcie studiów, to ewidentnie coś tu się spierdoliło.

Jeszcze raz namawiam do podejmowania decyzji ze względu na siebie, a nie ze względu na modę, "hajs" czy pragnienia rodziców.
Jeżeli nawet ukończysz prawo, medycynę, bo jesteś na tyle inteligentny i Cię na to stać, to nie znaczy, że będziesz w tym dobry i że będziesz szczęśliwy, bo to zależy od tego, czy kochasz to, co robisz.
Pieniądze są ważne, ale nie najważniejsze i da się je zarobić nie tylko po tych kierunkach studiów. Czasami nawet studiów nie trzeba, ale to już inna kwestia.
Dla przykładu- dwaj faceci kochali groszek konserwowy z chilli. Zrobili, zaczęli sprzedawać i są obrzydliwie bogaci. Nie byli po medycynie. Robili po prostu, to, co kochali.

Teraz jeszcze skromny apel do władz, ale też do ludzi, bo to ludzie mogą wspólnie wpłynąć na władzę.
Przemyślcie dokładnie, jak powinno naprawdę wyglądać wsparcie studentów, bo obecne przepisy nie są w żaden sposób sprawiedliwe. Może warto to zmienić?

Pozdrawiam!

Oh happy day

Co mnie blokowało na tyle, że nie mogłem pisać, mimo że sprawia mi to nieopisaną radość?
Studia, moi mili. Studia.

Podwojenie nazwy tego zjawiska nie jest do końca przypadkowe.
Jeżeli mnie znacie albo czytaliście poprzednie posty, to wiecie, że studiuję dwa różne kierunki. RÓŻNE.
Żeby było ciekawiej, na dwóch różnych uczelniach.

No dobra, ale nie piszę tego, żeby się chwalić, bo nie uważam, żeby było czym.

Dlaczego zdecydowałem się na dwa kierunki na raz?
To nie jest tajemnica, że po to, żeby mieć wybór.
Tak. Dokładnie.
Nie potrafiłem zdecydować wcześniej, więc nie chciałem wykluczać z góry żadnej opcji. To był mój przebiegły zamysł od początku, że w razie któreś mi nie przypadną do gustu, to będę mógł z czystym sumieniem rzucić je w kąt i skupić się na tych, które mnie naprawdę interesują.

Nie przewidziałem jednak jednego.

Oba kierunki, tak odmienne, mogą mnie w jakiś sposób pochłaniać. Jak czarna dziura, a ja już czuję, jak staję się nicością w nieskończoności i nieskończonością w nicości.

Nie chodzi tu o to, że chodzę spać o 2 czy 3, śpię 5 godzin i zaczynam wszystko od nowa. Nie chodzi też o to, że cały weekend poświęcam albo na zjazd na studiach niestacjonarnych, albo na naukę.

Jedyne o co mi chodzi, to że chciałbym wszystko zrozumieć.

I tu się zaczynają schody.

Studia zaoczne na kierunku Ogrodnictwo (Niepozorne tylko z nazwy. Dla niedowiarków, radzę zobaczyć plan studiów czy opisy przedmiotów.)- wiadomo, specyficzna sprawa. Zostały skrócone z 9 semestrów (tak, 4,5 roku) do 7 (co daje 3,5 roku). Niby fajnie, rok szybciej papier. Szkoda, że mi nie zależy najbardziej na papierze. Przez ten sprytny zabieg mamy średnio po 7 godzin mniej każdego przedmiotu, przez co też odrobinę mniej informacji do nas dociera, bo jednak program na szczęście nie został zbyt okrojony. Wyrzucono fragmenty z wątpliwą przydatnością. Na szczęście wykładowcy to profesjonaliści najlepszego sortu i potrafią odnaleźć się w każdej sytuacji.
Chwała za to.

Studia dzienne na kierunku Zastosowania Fizyki w Biologii i Medycynie ze specjalizacją w Biofizyce Molekularnej.
Fajna nazwa, co?
Aż mam ochotę powiedzieć, że tylko nazwa, ale tak nie jest. Uczelnia, wszyscy wykładowcy i pracownicy są cudowni. Co do kierunku, to już niestety mam pewne zastrzeżenia, ale zacznę z troszkę innej strony.
Rady od starszych kolegów od samiusieńkiego początku (ba, wykładowcom też się "wymsknęło") brzmią mniej-więcej tak:
"NAJWAŻNIEJSZE! Tu nie ma czasu na rozumienie! Piszecie wszystko, co jest na zajęciach, zakuwacie na pałę i tak jedynie da się zaliczyć, bo nikt nie jest w stanie tego w takim czasie zrozumieć."
BTW dzisiaj, jak powiedziałem, że się uczę tak, że muszę sam wszystko przyswoić, to poczułem ten wzrok, o znaczeniu w stylu "Haha, młody i naiwny. Z takim nastawieniem szybko zmiękniesz."
Ale kurczę. Czy to o to w tym wszystkim chodzi? Żeby wszystko zaliczyć jak najszybciej i mieć papier? Żeby być taką naukową dziwką? Było, minęło, pozostały jakieś wspomnienia i papier.
Po co w takim razie? Żeby pójść do pracy i wtedy dopiero uczyć się tego, czego nie zrozumieliśmy w trakcie studiów, które są po to, żeby WYKSZTAŁCIĆ SPECJALISTÓW? A może po to, by niedokładnie wykonywać polecane nam obowiązki? Chcielibyście, żeby Wasz lekarz, od którego zależy Wasze życie, podążał za tym rozumowaniem?
No coś tu chyba nie gra.
Na domiar złego, usłyszałem dzisiaj, że od nowego roku jednak zmieni się plan studiów... Bez komentarza.
W każdym razie teraz mamy maraton z matematyką, który już kończymy(!!!), gdzie inne uczelnie/kierunki dopiero kończą rozgrzewkę. Nadchodzi fizyka.
Ale chwila. To biofizyka, tak?
No tak!
Otóż na dalszych etapach, z tego, co jest w planie, fizyka to już niewielka część zajęć, a dopiero wtedy wchodzi biologia, chemia, biochemia itp
Teoretycznie mamy teraz "Wstęp do biologii" i "Chemię ogólną", ale chyba same nazwy dostatecznie ilustrują specyfikę przedmiotów.
Bo oczywiście nie było można tego rozłożyć (prawie) równomiernie.
Cóż. Stało się.

Teraz chciałem Wam powiedzieć, co zrozumiałem. Coś naprawdę cennego dla mnie i cieszę się, że dojrzałem do takich wniosków, bo jeszcze niedawno były one dość odwrotne. Dotychczas chciałem jak najszybciej skończyć studia, kilka kierunków, które mnie interesuje i zająć się pracą.
Odtychczas (tak, wiem, że nie ma takiego słowa, ale nikt mi nie zabroni stworzenia go) postanowiłem, że ja ZROZUMIEM materiał, który realizuję na studiach. Jestem gotów nawet powtarzać przedmiot, tylko po to, żeby mieć wiedzę. Pójdę w wakacje do pracy, może jakieś praktyki, korki, cokolwiek. Będę jednak zbierać pieniądze, żeby móc studiować tyle, aż będę wiedział, że jestem wykształcony w tym kierunku, a nie mam tylko papier, którego, za przeproszeniem, mogę użyć po defekacji. Nie mówię, że będę umyślnie zawalał wszystko, co się da, ale pójdę do przodu dopiero, jak będę czuł, że jestem już do tego merytorycznie przygotowany. Wybrałem studia fizyczne, bo wiem, że to trudna nauka i zawsze miałem do niej szacunek, a ja lubię wyzwania i chcę się rozwijać. Najbardziej chciałbym badać zagadki otaczających nas zjawisk, całego Wszechświata. Tego nie da się robić rzetelnie świeżo po wyjściu z piaskownicy. Jestem też bardziej typowym przyrodnikiem i wiedziałem, że nie będzie mi łatwo, ale skoro już jestem, to chcę wynieść możliwie najwięcej z tego przecudownego miejsca, szczególnie, że jest tu od kogo się uczyć.
Motyl nie od razu rodzi się kolorowy. Powoli się przeobraża, by w odpowiednim momencie zachwycać swoim pięknem.

Apel podsumowujący:
Nie gońcie przez życie na ślepo.
Żeby zdać, żeby zaliczyć, żeby iść dalej...
Czasami warto zatrzymać się, rozejrzeć i pomyśleć, czy na pewno idziemy w dobrym kierunku.
Czy mamy ze sobą wszystko, co będzie nam potrzebne w dalszej wędrówce przez życie, które jest dostatecznie krótkie i nie trzeba przez nie biec. Jak idziecie do ZOO, to nie wchodzicie na 15 minut, żeby "pójść do ZOO". Zwiedzacie całą przestrzeń, przyglądacie się zwierzętom na wybiegach.
Bagaż doświadczeń i nauk nie zawsze musi być czymś, co nas obarcza, co nam ciąży.
Potraktujmy to wszystko, jako niezbędny ekwipunek, który umożliwi nam bezpieczną i odkrywczą podróż w przyszłość ze świadomością, że niczego nam nie zabraknie. W końcu chyba nikt nie lubi jechać nad morze bez ręcznika, stroju kąpielowego i kremu z filtrem, prawda?

Zwolnijcie i popatrzcie na piękno Świata. Na piękno, które jest też w Was.
Pozdrawiam!

Sól ziemi


Mój dobry kolega, który pomógł mi w znacznym stopniu zaadaptować się w tym nowym dla mnie środowisku (i któremu jestem też niesamowicie wdzięczny), napisał do mnie, że idę do kina, bo On z przyjaciółką jest już w mieście, a grają fajny film. Po pierwszych próbach wywinięcia się ze względu na przytłaczające zmęczenie, jednak się zgodziłem.

Nie żałuję.

"Sól ziemi", bo to właśnie tytuł wspomnianego filmu, to wspaniały dokument. Pokazane tam jest wszystko- całe istnienie. Człowiek rodzi się, walczy o przetrwanie i na koniec odnajduje ukojenie na łonie natury. Były ujęte niesamowicie drastyczne kadry z Afryki i nie tylko. Jednak te sceny zaakceptowałem w kontekście tego, jak bardzo ostatnimi czasy jesteśmy zalewani bólem, cierpieniem i przemocą. A to wszystko jest wywołane nienawiścią. Nienawiścią do siebie czy do innych. Żądza władzy czy pieniędzy to też nienawiść. Ktoś nienawidzi siebie, swojego życia, więc postanawia, że sobie je "polepszy" takimi "polepszaczami". Kończy się to zawsze tragedią. Jeżeli nie tej osoby, to często nawet wielu innych. Nie chcę też za bardzo "spojlerować", także po prostu polecam obejrzenie dokumentu.

Film uświadamia, jak bardzo okrutnym gatunkiem jesteśmy. Mordujemy zwierzęta, mordujemy siebie nawzajem i niszczymy NASZĄ Planetę tylko po to, by przez chwilę poczuć się złudnie lepszym.

Końcówka filmu jednak niesamowicie mnie wzruszyła. Człowiek, który wychował się w otoczeniu lasu amazońskiego, później ten las utracił i ziemie stały się istnym pogorzeliskiem, odbudował to. Oddał naturze to, co Ona Mu ofiarowała- życie. Nie, człowiek ten nie zginął. Nie spędził też tam całego życia. Jednak wraz z żoną, rodziną i przyjaciółmi odbudował las, który teraz jest Parkiem Narodowym.

Na tym fragmencie, przyznaję, poryczałem się troszkę, ale ani trochę mi nie jest wstyd.

Film ten dogrzebał się do podstaw mojej psychiki lepiej nawet, niż Pani Psycholog czy Neuropsychiatra, z którymi miałem przyjemność sobie kiedyś porozmawiać. Dokopał się do fundamentów mojego istnienia.

Zrozumiałem, że składam się jakby z dwóch istot, które tworzą jedną całość. Dusza jest w pełni oddana naturze, harmonii i światu, duch chce poznać niepoznane, odkryć nieodkryte. Duch niestety ma płytsze motywy działania niż dusza...
Ciekawość jest dobra, ale jeżeli jest spożytkowana w dobry sposób.
Jeżeli jednak ciekawość hodujemy tylko po to, żeby być ciekawskim, to już jest słabo.
No bo fajnie, że naukowcy tworzą nowe teorie, że rozwijają naukę, poznanie świata. Fajnie.
Dlaczego jednak tak niewielu stara się uratować ten Świat, który coraz bardziej niszczymy? Przełożyć tę całą wiedzę na wspólny sukces całej biosfery?

Na swoim przykładzie zrozumiałem, że nie na darmo jestem na Ogrodnictwie. W przyszłości chciałbym co prawda tworzyć ogrody i parki przydomowe, dla przyjemności czy luksusu właścicieli, bo przecież każdy lubi posiedzieć na równo przystrzyżonym trawniczku w towarzystwie kompozycji roślin rabatowych, a ja chcę też za coś żyć, szczególnie, jeżeli może mi to sprawiać satysfakcję, ale postanowiłem też, że będę chciał zająć się renowacją terenów zdegradowanych. Dołożę wszelkich starań, by nieużytki miejskie (i nie tylko) były użyteczne dla Naszej wspólnej matki- Natury. Promujmy też wspólnie wprowadzanie zieleni do miast. Po pierwsze, jak wiadomo, zieleń uspokaja. Chyba lepiej popatrzeć na pięknie rosnące drzewo, niż na jakiś niezgrabny napis wykonany przez podwórkowych buntowników? Dodatkową zaletą jest to, że rośliny filtrują powietrze, nawilżają je, a to mogłoby znacznie ograniczyć problemy z drogami oddechowymi u ludzi. Przyjrzyjmy się ile osób jest dotkniętych przewlekłymi chorobami zatok czy astmą... Dlaczegoż by nie ułatwić im życia i samym sobie również?

Na tym skończę. Pomyślcie nad tym, co napisałem (oczywiście, jeśli macie ochotę) i może zamiast też tylko się rozwodzić, zwyczajnie zaczniemy działać... Mam kilka pomysłów, przydałoby się jednak jeszcze kilku zapaleńców.

Pozdrawiam serdecznie i dobrej nocy! ;)

Fight, babe

Jak na studenta przystało, dużo ostatnimi czasy myślę. Dużo główkuję, rozważam, analizuję. Taki żywot...
Jakiś czas temu po głowie krążył mi pewien film, który zamieszczam niżej, ale nie tylko ten. Jest wiele podobnych i nie wszystkich wynik jest tak pozytywny.
Chodzi mianowicie o przemoc. Przemoc w każdej postaci. Psychiczna, fizyczna, emocjonalna... Każda jest zła. Tak, wiem, niedawno był popularny film i zawarto w nim tematyką S&M. To nie jest przemoc typowa, którą mam na myśli. Jeżeli ktoś chce tego czegoś, to jest to jego wola. Nie można popadać w skrajność, bo doszlibyśmy do wniosku, że kolczyki czy nawet nieumyślne zarażenie kogoś grypą to przemoc.
Jak wiele osób w dzisiejszych czasach szuka czegoś, co poprawi im humor, ich samoocenę i samopoczucie? Na skutek ogłupiania przez media jednak nie potrafią oni szukać tego w miejscach, gdzie powinni od razu zacząć. Usiłują poprzez zniszczenie cudzej psychiki odbudować swoją, ale powiem Wam coś całkowicie nie w tajemnicy- to nie ma prawa działać. To może tylko prowadzić do coraz większego spustoszenia.

To, że zachowujecie się jak rozwydrzony gówniarz na plaży, któremu każda konstrukcja z piasku się rozpada i depczecie zamki innych dzieci, nie spowoduje samowskrzeszenia się Waszej konstrukcji. Możecie za to na przykład cierpliwie wziąć się od nowa do pracy, a nawet spytać innych plażowiczów, czy nie mają ochoty na wykonanie wspólnego projektu.
Tak, to naprawdę działa.
Może zarzucę teraz z lekka banałami, ale miłość i wrażliwość, to jest najpiękniejsze, co może pomóc drugiej osobie, ale przede wszystkim Wam. To właśnie na tych fundamentach możliwe jedynie jest zbudowanie spokojnego, godnego życia. W chwili, gdy dostrzegacie to, jak cenną osobą możecie być dla kogoś, jak ten ktoś dzięki Wam się uśmiecha, całe serce topnieje i umysł od razu degraduje wszelkie problemy. Poza tym, jeżeli dana osoba jest szczęśliwa w Waszym towarzystwie, to zazwyczaj działa to w obie strony.


Odnośnie ostatniego zdania- celowo użyłem słowa "zazwyczaj". Są bowiem osoby, które są tak zastraszone codziennością i otoczeniem, że nie potrafią w pełni się przełamać. Nie umieją wykiełkować i rozkwitnąć. Nie pomaga im w tym nawet ciepło drugiej osoby. Dla jasności- nie mówię tu tylko o miłości rodzinnej, prowadzącej przed ołtarz itp, lecz o każdym przejawie miłosierdzia. Głęboko wierzę w to, że zwierzęta też mają emocje i uczucia. Może odczuwają je nieco inaczej, ale nie dam sobie wmówić, że są całkowicie ich pozbawione. Podobnie z resztą z roślinami, co mniej widać, ale to już temat na dłuższe dywagacje.
Wracając- są osoby, które boją się bycia prawdziwą wersją siebie. Nie dopuszczają do siebie tego promieniowania od innych, bo im "wygodnie" w sytuacji, w jakiej się znajdują. Coś jak papuga w klatce- jej jest dobrze, ma ciepło, ma wodę, ma jedzenie. Cóż więcej jej potrzeba?
Niby nic, poza... prawdziwym szczęściem, które jest możliwe tylko, jeżeli żyjemy w zgodzie z naszym przeznaczeniem/naturą. Czy jest na świecie coś piękniejszego od widoku ptaka z rozpostartymi skrzydłami na niebie, który łapie każdy podmuch wiatru właśnie po to, by użyć swojego największego potencjału- skrzydeł? No bo chyba nikt nie lubi zakładać nazbyt ciasnej bielizny? A komfort życia w obu sytuacjach ("klatka" i bielizna) jest podobny. Myślę, iż każdy może to odnieść do siebie w jakiś sposób bez względu na wiarę i przekonania.
Takie "zamknięte" osoby muszą się same niestety wyrwać z tego obłędu. Na siłę się nie da nikomu pomóc. Próbowałem nie raz, bo taki już jestem. Nierealne. Po pewnym czasie ta "ogrzewana" osoba w końcu Cię dotkliwie pokąsa (nie, nie dosłownie).
Pod rozwagę pozostawiam zatem Wam to, z kim chcecie dzielić swoje szczęście. Odwołam się też do starszego postu- nikogo nie wolno odrzucać z góry. Czasami najwięcej wspaniałości przychodzi z niespodziewanych źródeł.
Pewne jest jedno- warto ofiarować siebie, by mieć siebie. Warto ofiarować miłość, by ją czuć.
Miłość bowiem jest jak perfumy. Mogą być najpiękniejsze na świecie, ale dopóki trzymamy je zamknięte we flakonie- nikt nie ma szans się przekonać o ich wspaniałości. Nawet my sami.
Dbajmy o siebie nawzajem, bo nikt nie jest w stanie przejść całego życia w pełni samotnie jednocześnie będąc szczęśliwym. Do dzielenia szczęścia potrzebni są inni.

Obiecany film:


Pozdrawiam i kocham!
Miłego dnia,
Wasz

Świnta

Po pierwsze, muszę przyznać, że to niesamowicie rozwijające doświadczenie. To, że pisałem tu, motywowało mnie do dokładniejszego postrzegania świata, do podejmowania prób bardziej obiektywnego spoglądania i oceniania otoczenia oraz do pogłębiania wiedzy poprzez dostępne sposoby.
Kolejną dobrą rzeczą jest to, że lepiej zrozumiałem siebie. Poznałem swoje potrzeby, cele. Poczułem emocje i uczucia. Te prawdziwe, nieprzesłonione filtrami społecznymi. To niesamowicie cenne, bo już wiem, czym się powinienem kierować w życiu i nie budzi we mnie to takiego strachu.
Trzeci punkt tej przeprawy jest dość banalny. Nauczyłem się dostrzegać pozytywne aspekty życia. Nie jest to tylko mój sukces. Osiągnąłem go przy pomocy znanych wcześniej osób, ale też tych niedawno spotkanych, które pojawiły się w moim życiu.
Staram się też być szlachetniejszy, bardziej pomocny i dobry. Czasami aż tryskam chamstwem, ale ciężko komuś z tak niewyparzoną gębą być Matką Teresą...
Przy okazji chciałem podziękować Wam wszystkim. Tym, którzy to czytają, komentują, albo skutecznie omijają. Wszystkim obecnym w moim życiu oraz tym, którzy skorzystali z okazji, by spierdolić jak najdalej się da. Każdy z Was jest w jakimś stopniu dla mnie inspiracją do pisania i do życia.
Czas na życzenia świąteczno-noworoczne. Tak, wiem, że już po świętach, ale dzięki temu może moje życzenia nie zginą wśród innych, cieplutkich życzeń od mnóstwa innych ludzi.
Najważniejsze, czego życzę zarówno sobie, jak i Wam, to mądrość. Żeby nikomu nigdy jej nie brakowało. Nie ważne co się dzieje, w jakiej sytuacji jesteśmy- to jest coś, co pomaga Nam w każdej sytuacji, a jest to niedoceniane w dzisiejszych czasach bogactwo.
Zdrowia- tego chyba nie trzeba tłumaczyć. Brak zdrowia = zmartwienia, a jak są zmartwienia, to nie ma czasu, ni sił na nic innego.
Miłości- w każdej postaci, w jakiej tylko potrzebujemy. Nie szukajmy jej na siłę, bo to nic nie da. Po prostu nie bądźmy ślepi na jej obecność.
Odwagi- by nigdy strach nie sparaliżował Naszej kreatywności, czułości i mądrości.
Piękna- nie tyle fizycznego, co duchowego.
Szacunku- do całego Świata, który Nas otacza. Do natury, tej ożywionej i nieożywionej. To wszystko jest Naszym domem, o który powinniśmy dbać.

https://www.youtube.com/watch?v=i41qWJ6QjPI

Powodzenia i pamiętajcie, że Was kocham.
Tylko Wasz

Czelendż

Rozczaruję niektórych tym, ale, niestety dla nich, jeszcze żyję.
Co więcej- miewam się nie najgorzej.
Znowu sporo się dzieje w tym życiu, a ja się starzeję coraz bardziej.
Niedługo oficjalnie przestanę być nastolatkiem, a czasami czuję się jak przedszkolak.
Niedługo koniec pierwszego roku studiów, a ja jeszcze pamiętam mój pierwszy dzień w przedszkolu, podstawówce, gimnazjum, liceum no i na uczelniach.
W tym roku kończyłbym szkołę muzyczną, którą w połowie porzuciłem, a nadal mam w sobie emocje, które przeżywałem na pierwszym konkursie, koncercie, egzaminie. W międzyczasie było kilka konkursów, mnóstwo koncertów z zespołami, solo, w chórze, do tego dwa musicale, gala musicalowa, jakieś spektakle w szkole, jasełka, pierwsze covery na YT, a nawet śpiewanie i growlowanie na przejściach nadziemnych i w parku.
Jak przez mgłę pamiętam migawki z milenijnego sylwestra, a osoby urodzone w tamtych czasach już są prawie dorosłe.
Pamiętam początki władzy pewnego pana w pewnym mieście, jeszcze jak byłem w przedszkolu, a ten sam pan nadal niszczy to piękne miasto.
Doskonale pamiętam pierwszy artykuł o roślinach owadożernych i zakup dzbanecznika, który towarzyszy mi już blisko 12 lat.
Jedyne, co da się zauważyć TERAZ, to, że czas płynie coraz szybciej. Teoretycznie studiuję kierunek fizyko-pokrewny (już niedługo), ale nawet, jakbym bardzo chciał, to nie wytłumaczę tego.
Wiem, że są chwile, które mógłbym spędzić lepiej. Jestem nagminnym marnotrawcą czasu. Jednak jeżeli pomyślę, ile wspaniałych i cennych osób poznałem, to nie mam żadnych pretensji do życia.
Często narzeka się na to, w jakim mieście się żyje, kto nas otacza, ale ogarnijmy się. Wystarczy nieco zwolnić, zobaczyć, co tak naprawdę Nam się nie podoba, znaleźć przyczynę i zastanowić się, dlaczego to My nią jesteśmy.
Tak, mówię, że źródłem wszelkiego niezadowolenia i porażek w Waszym życiu, jesteście Wy sami.
Dlaczego?
To proste.
Albo nie robicie nic sensownego w tym kierunku, albo oczekujecie czegoś nierealnego na już, bez żadnego wkładu własnego.
Nie ma nic za darmo.
To tyle na dzisiaj, postaram się wpadać tu częściej. :D
Na koniec jednak czelendż ode mnie dla Was i od Was dla mnie.
Zainspirowany filmem dwóch świetnych wokalistów, postanowiłem, że nagram covery piosenek, które zaproponujecie w komentarzach i opublikuję publicznie, byście mogli je usłyszeć i ocenić.
Mogą to być jakiekolwiek piosenki, pod warunkiem, że są oryginalne (nie jakieś przeróbki pokroju "Zupa pomidorowa") i w języku, który ogarnę jakoś, czyli ograniczamy się do polskiego, angielskiego i niemieckiego.
Reszta dowolna, zaskoczcie mnie.
Pozdrawiam i kocham,
wszystkiego dobrego!
Wasz

Znowu Świnta

Jak co roku o tej porze ludzie są w szale świątecznych przygotowań. Mam wrażenie, że to święto stało się już bardziej tradycją, niż tylko chrześcijańskim obrządkiem (chociaż odnośnie tego, to też są nieścisłości...), która jest praktykowana w domach nie tylko katolickich rodzin. Są osoby, które powiedzą "skoro ktoś nie jest chrześcijaninem, to po co obchodzi święta?!", ale według mnie, to jest idealny czas na przemyślenie kilku spraw.
Dzisiaj chciałbym poruszyć jedną z nich- temat nienawiści.
Mam wrażenie, że ostatnio jest jej wszędzie coraz więcej. Zastanawiam się tylko po co i doszedłem do jednego wniosku. Ludzie sobie zwyczajnie nie radzą. Nie radzą sobie z życiem, oczekiwaniami, marzeniami, emocjami, pośpiechem, ograniczeniami...
Ogromna część społeczeństwa nie jest zadowolona w pełni ze swojego życia i to nie chodzi tylko o zarobki, czy cenę piwa w sklepie. Wiele osób decyduje się porzucić marzenia na rzecz rozsądku. Zakładają z góry, że to nierealne i się poddają. Kolejny problem to oczekiwania. Nie patrzymy na to, czego my chcemy, lecz usilnie staramy się wpasować w wymagania społeczeństwa. Tylko po co...?
Nikt nie jest tu bez winy, każdy potrafi powiedzieć "ale Ona idiotycznie wygląda!".
TO JEST TWOJE ZDANIE, KTÓRE MOŻESZ SOBIE WSADZIĆ W... KIESZEŃ.
Ta osoba wygląda tak, bo tak chce wyglądać, robi coś, bo chce tego. To JEJ życie, Ty masz swoje i nim się zajmij. Spraw, by Twoje życie było lepsze. Może dzięki temu ktoś weźmie Cię za przykład i Jego życie też stanie się lepsze. Nie chciał(a)byś mieć tej satysfakcji?
Te wszystkie niepowodzenia powodują nienawiść. Jeden zaczyna nienawidzić, robi krzywdę (słowną, emocjonalną, psychiczną, fizyczną...) drugiemu i zaraża jednocześnie go nienawiścią. Dodatkowo osoby, które są bliskie Drugiemu, nie mogą patrzeć na jego krzywdę i też zaczynają nienawidzić.
Nienawiść do ludzi, do niesprawiedliwego świata, do wszystkiego.
To jest zawsze miecz obosieczny. Jeżeli Ty ranisz kogoś, siebie również, mimo że może nie od razu to zauważasz.
Co zatem zrobić z napływającą do Nas nienawiścią? Jak sobie radzić z falami hejtu, które zalewają nasz dzisiejszy świat?
WSPÓŁCZUĆ.
Osoba, która jest zdolna do nienawiści, sama ma jakiś problem, więc możemy Jej współczuć, a jeśli ktoś jest na tyle silny, może spróbować nawet pomóc. Bo warto. Zawsze warto.
Nie powielajmy tych negatywnych emocji. Nic dobrego nie przynoszą. Lepiej skupić się na tym, co możemy dobrego zrobić i wnieść do świata, który Nas otacza.
To jest moje świąteczne przesłanie. Skończmy z nienawiścią, lepiej się przytulić!
Wesołych Świąt, Moi Drodzy.

I'm lovin', I'm livin', I'm pickin' it up

Czwartek, 19.07.2018. Zdecydowanie niezapomniany dzień. Wyobrażałem go sobie nie raz. Dawniej wydawało mi się, że będę skakał z radości pod...