Jestem Adaś. Jakimś sposobem znalazłem w sobie resztki zapału, żeby ze skompresowanego pliku html przekopiować stare posty (większości ich treści już nie pamiętam) na tę nową platformę, bo starą mi zamknęli. Chamy.
No nic, otóż jestem. Cieszycie się? Wątpię.
Jednak nie przeszkadza mi to w pisaniu, co mi głupota na palce przyniesie bez poczucia wstydu i publikowaniu tego na ogólnodostępnej platformie blogerskiej. Taki jestem szalony.
Od ostatniego posta wiele czasu minęło i wody (często z kreską) upłynęło. Wiele się wydarzyło. Poznałem całe rzesze pięknych osób, ale też tych paskudnych. Porównywalna ilość dawnych znajomych zdążyła już o mnie zapomnieć i wymazać większość śladów starej znajomości. Im też chwała za to.
Dlaczego znowu zdecydowałem się pisać?
Bo chcę. To za mało? Ludzie mnie chwalili i łechtali moje nienasycone ego, co mnie zachęciło, bo kto tego nie lubi...
Jest prawie 2 w nocy, zamiast pisać kolejny fragment pracy dyplomowej, to ja sobie rozmyślam o życiu, cieszę się, że znowu zmieniam studia (po raz, kurwa, czwarty) i piję herbatkę. Zwykłą. Czarną. Z cytryną. Niebywałe, nie?
Mama krąży w amoku pakowania się na wakacje. Myśli, że uczę się, choć wyśmiałem te podejrzenia. Nadal sądzi, że o czymś zapomniałem i dlatego zarywam wieczór. Hihi, nie.
Jak wspomniałem, zmieniam studia. To nie jest tak, że żadnych nie kontynuuję, bo zaoczne już prawie kończę, a na dziennych... no były wędrówki, których ani trochę nie żałuję. W międzyczasie po prostu odzyskałem swoje jaja i miałem odwagę zawalczyć o swoje.
O swoje? Czyli o co niby...
O marzenia.
A ten znowu o jednym...
A znowu, Kluseczki. Już w minionym roku studiowałem wokalistykę w otoczeniu moich drogich przyjaciół. Jednak wiedziałem, że to jest dopiero wstęp. Zatem zdawałem na uczelnię, na którą łatwo dostać się nie jest... No i się, kurka, dostałem. Oni jeszcze nie wiedzą...
Będę w klasie Profesora, o nauce u którego marzyłem od kiedy zacząłem myśleć na poważnie o śpiewie. Jakimś sposobem stało się tak, że Jemu też zaczęło zależeć, żebym się uczył w Jego klasie. Do dzisiaj tego nie ogarniam, a jednak. Taki ten los przewrotny.
Jestem Profesorowi wdzięczny, jak mało komu na tym świecie. To On pozwolił mi na nowo uwierzyć w siebie, przytulić swoje marzenia i zacząć je okrutnie, ostentacyjnie realizować, a kolejnymi sukcesami zatykać gęby osób, które nie potrafią się cieszyć cudzym szczęściem. To mój mentor i przyjaciel bliski sercu. Czego by można chcieć więcej...
Od kiedy nabrałem odwagi na realizację siebie, okazuje się, że fajni ludzie sami jakoś wyrastają w pobliżu. Coś jak pleśń na chlebie, który został na wakacje w plecaku. Tylko Ci ludzie są przyjemniejsi, niż ta kolonia grzybków. No może większość z nich...
Ogółem to dzisiaj taki luźniejszy post, żeby pokazać się i oznajmić próbę powrotu na regularniejsze tory. No i żeby ostrzec, że jestem jeszcze bardziej chamski niż wcześniej, ale no cóż... takie życie.
A teraz, Moje Ptysie,
Dobrej nocy wszystkim i najdziwniejszych snów, jakie kiedykolwiek mieliście!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz