czwartek, 19 lipca 2018

I'm lovin', I'm livin', I'm pickin' it up

Czwartek, 19.07.2018. Zdecydowanie niezapomniany dzień.
Wyobrażałem go sobie nie raz. Dawniej wydawało mi się, że będę skakał z radości pod sufit niszcząc go przy tym.
Jednak jest nieco inaczej...
Ciężar emocjonalny mi na to nie pozwala.
Dostałem się na wymarzone studia do klasy prowadzonej przez rodzimą Legendę, najwspanialszego Profesora, jakiego poznałem w życiu. Wspaniały artysta, fenomenalny, wyrozumiały pedagog, inspirujący w każdym aspekcie. Człowiek, który pozwolił, żeby moja nadzieja na spełnienie marzeń się odrodziła i pomagał mi jak tylko mógł, dawał siłę, żebym osiągnął to, czego pragnę z całego serca, za co będę dozgonnie wdzięczny. To wszystko na jednej z najlepszych uczelni muzycznych w kraju w gronie cudownych przyjaciół i z szansą poznania kolejnych. Do tego cały nakład pracy i wyrzeczeń, jakie poświęciłem, by to się mogło stać i udało się. Nie każdy ma tyle szczęścia.
Powinienem się bezwarunkowo cieszyć! Pękać ze szczęścia, nie?
Powinienem...
Przez miniony rok studiowałem na innej akademii muzycznej ten sam kierunek.
Poszedłem tam, delikatnie mówiąc, z przypadku, żeby nie marnować kolejnego roku, a no i żeby się czegoś może jednak nauczyć.
I to ten ciężar.
Poznałem tyle wspaniałych, ciepłych osób, które towarzyszyły mi codziennie w studenckich zmaganiach, w tym kompletnie innym dla mnie świecie w porównaniu do poprzednich, jakże "naukowych" studiów. Zaprzyjaźniłem się z częścią z Nich, w końcu tyle razem przeżyliśmy. Często na zajęciach z aktorstwa czy interpretacji wypruwaliśmy całe swoje emocjonalne wnętrzności na zewnątrz i to właśnie w swoim towarzystwie. Każdy przechodził przez pełen wachlarz zadań i emocji, a inni wspierali, śmiali się, płakali, byli. Nasze muzyczne etiudy, gdzie każdy momentami wyglądał co najmniej, jakby częściowo był naćpany, a częściowo był po wylewie... Jednak nikt nie oceniał, po prostu byliśmy sobą i dla siebie. Przełamywaliśmy swoje słabości i się rozwijaliśmy. Jakie to było miłe, gdy każdy po kolei z dnia na dzień coraz bardziej zachwycał swoimi możliwościami i talentem. To jak oglądanie rozwijającego się pąku róży, gdzie na początku widać już barwę i czuć lekko tę słodką woń. Tak rodzą się artyści. Poprzez codzienną ciężką pracę i przełamywanie coraz to bardziej absurdalnych barier.
Ciało pedagogiczne to druga część tego ciężaru tęsknoty. Moi profesorowie, z którymi miałem zajęcia indywidualne- każdy pełen serca, cierpliwości, chęci do pracy i do dzielenia się tym, co ma najcenniejszego- wiedzą. Nawet w chwili, gdy powiedziałem Im, że rozważam zmianę uczelni, gdyż tego wymaga moja sytuacja życiowa, to byli dla mnie wsparciem i służyli pomocą. Nikt się nie obrażał, nie złościł. Rozumieli.
To wszystko skutkuje tym, że siedzę sobie w ten deszczowy dzień w fotelu. Siedzę z herbatą malinową i ryczę. Na zmianę. Raz z nieopisanej radości, jaka może towarzyszyć tylko spełnianiu swoich największych, życiowych marzeń, a raz ze smutku, że muszę zostawić to całe życie, które prowadziłem przez miniony rok, niejako za sobą. Że już nie będę widywał na co dzień tych twarzy, które życzyłbym sobie widzieć jak najczęściej. Jednak w życiu, jak to w życiu. Nie można mieć wszystkiego. Dlatego wierzę, że nie zapomnicie o mnie, nawet jeśli będę gdzieś daleko, bo ja o Was nie zapomnę nigdy.
Prywata:
Jeśli któreś z Was to czyta, to dziękuję Wam za miniony rok. Wiedzcie, że już zawsze będziecie dla mnie nieopisanie ważni i że już tęsknię zużywając domowe zapasy chusteczek i ledwo widząc, co piszę. Zawsze będziecie mile widziani, gdziekolwiek akurat bym nie był. Dziękuję, kocham, tęsknię.


sobota, 14 lipca 2018

reakTYwacja

Dzień dobry wieczór!

Jestem Adaś. Jakimś sposobem znalazłem w sobie resztki zapału, żeby ze skompresowanego pliku html przekopiować stare posty (większości ich treści już nie pamiętam) na tę nową platformę, bo starą mi zamknęli. Chamy.

No nic, otóż jestem. Cieszycie się? Wątpię.

Jednak nie przeszkadza mi to w pisaniu, co mi głupota na palce przyniesie bez poczucia wstydu i publikowaniu tego na ogólnodostępnej platformie blogerskiej. Taki jestem szalony.

Od ostatniego posta wiele czasu minęło i wody (często z kreską) upłynęło. Wiele się wydarzyło. Poznałem całe rzesze pięknych osób, ale też tych paskudnych. Porównywalna ilość dawnych znajomych zdążyła już o mnie zapomnieć i wymazać większość śladów starej znajomości. Im też chwała za to.

Dlaczego znowu zdecydowałem się pisać?
Bo chcę. To za mało? Ludzie mnie chwalili i łechtali moje nienasycone ego, co mnie zachęciło, bo kto tego nie lubi...

Jest prawie 2 w nocy, zamiast pisać kolejny fragment pracy dyplomowej, to ja sobie rozmyślam o życiu, cieszę się, że znowu zmieniam studia (po raz, kurwa, czwarty) i piję herbatkę. Zwykłą. Czarną. Z cytryną. Niebywałe, nie?

Mama krąży w amoku pakowania się na wakacje. Myśli, że uczę się, choć wyśmiałem te podejrzenia. Nadal sądzi, że o czymś zapomniałem i dlatego zarywam wieczór. Hihi, nie.

Jak wspomniałem, zmieniam studia. To nie jest tak, że żadnych nie kontynuuję, bo zaoczne już prawie kończę, a na dziennych... no były wędrówki, których ani trochę nie żałuję. W międzyczasie po prostu odzyskałem swoje jaja i miałem odwagę zawalczyć o swoje.

O swoje? Czyli o co niby...

O marzenia.

A ten znowu o jednym...

A znowu, Kluseczki. Już w minionym roku studiowałem wokalistykę w otoczeniu moich drogich przyjaciół. Jednak wiedziałem, że to jest dopiero wstęp. Zatem zdawałem na uczelnię, na którą łatwo dostać się nie jest... No i się, kurka, dostałem. Oni jeszcze nie wiedzą...

Będę w klasie Profesora, o nauce u którego marzyłem od kiedy zacząłem myśleć na poważnie o śpiewie. Jakimś sposobem stało się tak, że Jemu też zaczęło zależeć, żebym się uczył w Jego klasie. Do dzisiaj tego nie ogarniam, a jednak. Taki ten los przewrotny.

Jestem Profesorowi wdzięczny, jak mało komu na tym świecie. To On pozwolił mi na nowo uwierzyć w siebie, przytulić swoje marzenia i zacząć je okrutnie, ostentacyjnie realizować, a kolejnymi sukcesami zatykać gęby osób, które nie potrafią się cieszyć cudzym szczęściem. To mój mentor i przyjaciel bliski sercu. Czego by można chcieć więcej...

Od kiedy nabrałem odwagi na realizację siebie, okazuje się, że fajni ludzie sami jakoś wyrastają w pobliżu. Coś jak pleśń na chlebie, który został na wakacje w plecaku. Tylko Ci ludzie są przyjemniejsi, niż ta kolonia grzybków. No może większość z nich...

Ogółem to dzisiaj taki luźniejszy post, żeby pokazać się i oznajmić próbę powrotu na regularniejsze tory. No i żeby ostrzec, że jestem jeszcze bardziej chamski niż wcześniej, ale no cóż... takie życie.

A teraz, Moje Ptysie,
Dobrej nocy wszystkim i najdziwniejszych snów, jakie kiedykolwiek mieliście!

Początek końca


Nie wiem jakim cudem tutaj trafiliście, ale jeżeli to czytacie, to w pewien sposób spełnia się jedno z moich marzeń. Ktoś wreszcie mnie słucha i zwraca uwagę na to, co mówię.
Pewnie przesadzam, mam zły humor...
Możliwe. Tak, mam. Aczkolwiek to nie zmienia faktu, że ludzie dorośli, to jest "doroślejsi", mają zazwyczaj rozdmuchane ego w sytuacjach, gdy ich racje są konfrontowane z racjami młodszych.
Będę się starał na tym blogu pokazać w jakiś sposób myślenie ludzi mojego pokroju. Można teraz spytać jacy to ludzie...
Jestem młody, nie najgłupszy, maturę zdałem, na studia chcę/chciałem (o tym później), najmłodszy z rodzeństwa ze sporą różnicą wieku, mam swój styl, swoje zdanie, nie lubię, jak ktoś jest głupi, a próbuje udowodnić mi, że ma rację, mimo, że kompletnie się myli. Poza tym interesuję się mnóstwem różnych aspektów życia. Od nauk ścisłych, przyrodniczych itd, poprzez sztukę, głównie muzykę, po sferę duchową, religijną, ezoteryczną. Lubię czytać, słuchać muzyki, uczyć się, poznawać konstrukcję świata, zagłębiać się w ludzką psychikę i wiele innych. Lubię też spać, jak chyba każdy nastolatek.
Skąd nazwa bloga?
Otóż historia prosta. Kupiłem książkę. W niej był polecany link, zrobiłem test i okazało się, że mój umysł jest w 91% psychopatyczny. Szczerze mówiąc, za to kocham siebie najbardziej.
Dzisiaj humor z gatunku tych gorszych. Stąd piosenka, polecam.


Yeah, you're liar

Czas na część bardziej spostrzegawczą. Moje marudzenie chwilowo w kąt, teraz o czym innym.
Pytanie jest następujące!
"Jak zrazić do siebie wszystkich ludzi?"
Można sobie pomyśleć, że trzeba zrobić coś naprawdę potwornego, żeby tak się stało.
Otóż nie!
Wystarczy słuchać, zdawałoby się, nieomylnych racji etycznych. Etyka- coraz bardziej odsuwana na dalszy plan, coraz mniej respektowana. Może dlatego, że się często myli?
Wracając...
Otóż sposobem na zostanie "wyklętym" jest... MÓWIENIE PRAWDY. Ludzie tak naprawdę więcej kłamią niż są szczerzy. Kto mówi zaprzyjaźnionej sąsiadce, która często częstuje nas jeszcze ciepłym ciastem, że fatalnie wygląda w nowych leginsach, w których właśnie przechadza się po domu, albo kto powie ukochanej babci, że dzisiaj akurat trochę przesoliła zupę, szczególnie, gdy widzimy jak wielką radość jej sprawia rodzinny obiad przy wspólnym stole? Niewielu jest takich "potworów" na świecie. Ale chwila! Czy tego właśnie nie wpajają nam rodzice w dzieciństwie? "SYNKU, MÓW ZAWSZE PRAWDĘ, BO KŁAMSTWO MA KRÓTKIE NOGI!" Doskonale pamiętam czasy, kiedy szczególnie ci mniej błyskotliwi znajomi bali się, że nie urosną, jak będą kłamać.
Fakty są takie, że jeżeli będziemy "nadużywać" prawdomówność (a patrząc na powyższe przykłady łatwo odnotować, że wbrew pozorom jest to możliwe) to szybko stracimy w oczach wielu ludzi i zostaniemy okrzyknięci niewychowanymi chamami.
No, racja, przecież to takie potworne, że komuś koza z nosa wystaje i zwrócę mu na to uwagę. Jestem takim plugawcem, bo lepiej, żeby mu swobodnie dyndała na wietrze i obrzydzała kolejne osoby, które ją zauważą!
No dobra, już wiadomo o co chodzi. Ale czy w takim razie mamy namiętnie kłamać w każdej sytuacji?
To by było chore. Ba! Nawet diagnozuje się patologiczną kłamliwość, gdzie kłamca nie zawsze jest świadom swojego nagminnego wymijania prawdy. Kłamliwość jest też przypisywana jako cecha występująca często u osób z wysokim wskaźnikiem psychopatii. (O samej psychopatii też kiedy indziej, bo to rozległe zagadnienie.)
W każdym razie w tej sytuacji jest jak ze wszystkim. Po to człowiek ma mózg i rozum (tak, ludzie są rozumni, mimo że często społeczeństwo chce jednak podważyć tę prawdę), żeby z nich korzystać w sposób, do którego są przygotowane. Musimy się natrudzić i znaleźć złoty środek. Mówimy prawdę zawsze, kiedy jest to możliwe. Można ją pominąć jedynie w sytuacjach, w których szykujemy jakąś niespodziankę, albo nie chcemy kogoś krzywdzić.
Dla jasności. Nie okłamujemy żony, że nie mamy kochanki, żeby jej nie zranić, tylko mówimy prawdę, bo wiadomo, im  płytsza rana, tym mniej się jątrzy, a kłamstwo w takiej sytuacji (zatajanie prawdy, to też kłamstwo) to zwyczajna podłość. Możemy natomiast bratu powiedzieć, że idziemy wieczorem do pracy, a tymczasem będzie czekać na niego urodzinowa impreza niespodzianka, którą sprytnie zorganizujemy pod jego nieobecność w domu. Przykłady z sąsiadką i z babcią też są za tym, żeby jednak skłamać, bo prawda wyrządzi w takim wypadku więcej krzywdy niż kłamstwo. Jest to odstępstwo uzasadnione.
Podsumowując...
Wszelkie kłamstwa dla własnej wygody, to jedynie prostactwo i nieodpowiedzialność, ale są sytuacje, gdzie kłamstwo będzie zbawienne, a prawda niepożądana.

Na zakończenie piosenka w klimacie:

Thoughtless

Teraz zagadka.
Czego jest coraz więcej na świecie, co doprowadza wielu ludzi do obłędu, autodestrukcji i innych negatywnych skutków, a na dodatek dzieli ludzi?
Głód? Wojna? Choroby?
Otóż nie. Powyższe rzeczy zazwyczaj sprawiają, że ludzie się łączą, grupują i współpracują. Więc o co mi znowu chodzi?
O nienawiść. Z mediów znamy ją jako "hejty".
Jej pokłady rosną w zatrważającym tempie, a ludzie nic nie robią, żeby temu zapobiec.
Sąsiedzi się nienawidzą, bo jeden ma nowy, sportowy samochód, a drugi szczęśliwą rodzinę, z którą może spędzać każdą chwilę życia.
Siostry się nienawidzą, bo jedna ma większy biust, druga gęstsze włosy.
Kluby sportowe się nienawidzą, bo ich drużyny ze sobą rywalizują.
Białoskóry nienawidzi ciemnoskórego, bo "kradnie miejsca pracy rodakom" (tak, słyszałem takie argumenty), a ciemnoskóry nienawidzi "białasa", bo ten jest innego wyznania.
Aż mam ochotę zapytać dosadnie: NA CHUJ TO WSZYSTKO?! CZY WAS LUDZIE DO RESZTY POJEBAŁO?!
Ale, że jestem spokojnym, młodym, kulturalnym człowiekiem, to...
Nie, jednak nie jestem, więc:
CZY WAS NAPRAWDĘ POPIERDOLIŁO?
Zamiast zazdrościć, nienawidzić czy złościć się, nie łatwiej jest zwyczajnie kochać? Ludzie popełniają samobójstwa przez WAS. Dokładnie przez to, że nie potraficie się wyżyć w cywilizowany sposób i żeby pokarmić własne ego, próbujecie zgnoić innych. Czy człowiek z głupim profilowym na fb naprawdę zasłużył, żebyście przeklęli całą jego rodzinę? Czy to, że ktoś modli się w cerkwi, porozumiewa się w innym języku, albo po prostu ubiera się inaczej niż wy, jest powodem do tego, żeby zwyzywać go, pobić czy nawet zamordować? Znęcanie się psychiczne skutkujące zachowaniami autodestrukcyjnymi, jak samookaleczenia, a nawet samobójstwem też jest swego rodzaju mordem. Wystarczy odpuścić i "pokochać bliźniego". Okazać ludzkie emocje. To naprawdę nie boli!
Tak, wiem, że brzmi to dość infantylnie, ale...
Nie chodzi mi zaraz o całowanie wszystkich po piętach, ale jeżeli nie zaczniemy się szanować, a nawet lubić, to w końcu każdy z nas może się znaleźć w sytuacji, w której będzie potrzebował pomocy, a co najwyżej usłyszy:
POCAŁUJ MNIE
.
.
.
w dupę.
Od siebie dodam, że przez jakiś czas, kiedy skumulowała się we mnie nienawiść do pewnych osób, sytuacji, a nawet uczuć, usiłowałem robić sobie wrogów z każdego, kto tylko w jakikolwiek sposób mi nie podpasował.
Od razu dodam też, że to nie działa za dobrze. Takie zachowania powodują tylko dodatkowe spięcia, plotki, obelgi, "hejty", a przez to poziom frustracji wrasta do niewyobrażalnych rozmiarów. Oczywiście nie jest to też neutralne dla organizmu. Zauważyłem, że w tym czasie zdecydowanie gorzej się czułem, miałem problemy z koncentracją, byłem ogólnie drażliwy, wiecznie zmęczony i nawet moje pasje nie cieszyły mnie tak, jak zazwyczaj mnie cieszą.

Dobra. Problem chyba wystarczająco tknięty. To nadszedł czas na propozycję poradzenia sobie z nim.

Według mnie najskuteczniejsze będzie po prostu szukanie cech, które nas łączą z innymi, zamiast tych, które nas dzielą.

Dla przykładu.
Ja uwielbiam metal, rock i jestem punkiem. Gram na gitarze, śpiewam, nagrywam kawałki, piszę teksty o tym, jak bardzo irytuje mnie niesprawiedliwość.
Znajomy jest miłośnikiem sportowego stylu ubioru (tzw "dresem"), słucha rapsów, ma kumpli, z którymi w undergroundzie koncertują przed innymi miłośnikami takiej muzyki, którzy podobnie jak on, są zdołowani "betonowymi realiami".
Można rzec, że to dwa przeciwstawne światy. Można się z tym zgodzić i wykluczyć się nawzajem. Tylko po co?
Można przecież równie dobrze zauważyć, że obaj bohaterowie mają pasję, na dodatek taką samą- MUZYKĘ- i nie przepadają za tym, co się dzieje w ich okolicy. To człowiek wymyślił podziały na gatunki, style i tym podobne, ale muzyka zawsze pozostanie muzyką, a człowiek pozostanie człowiekiem. Coś, co dotychczas dzieliło dwójkę ludzi, może ich połączyć.
Co z tego, że ja słucham metalu, klasyki i ogółem trudnej w odbiorze muzyki, a kolega wielbi stare, dobre disco-polo? Jesteśmy super kumplami, dobrze się dogadujemy i dziękuję Bogu, że Go poznałem.
Dążąc do konkluzji.
Nie wykluczajmy ludzi ze względu na to, że interesują się czymś pozornie innym, od tego, co pochłania naszą uwagę. Wystarczy przyjrzeć się uważniej, a zauważymy, że łączy nas więcej, niż moglibyśmy się kiedykolwiek spodziewać. Każdy potrzebuje akceptacji, inaczej czuje się samotny. Dzięki temu, że komuś oferujemy akceptację, mamy ogromną szansę na to, żeby samemu ją zdobyć, a jedynie człowiek wolny (zarówno fizycznie, jak i psychicznie) może być szczęśliwy.

Tym pokojowym akcentem kończę wpis. Polecam to do przemyślenia, a jak wiadomo, najlepiej myśli się przy muzyce, więc standardowo pozycja z mojej muzycznej biblioteczki:


Like the sun

Like the sun we will live to rise,
Like the sun we will live and die,
And then ignite again,
Like the sun we will live to rise again"

Jak pewnie niektórzy wiedzą, jest to cytat z piosenki (z resztą mojej ulubionej) zespołu Soundgarden. Pomijając fakt, że jest to fenomenalny zespół z genialnym wokalistą zaklasyfikowanym na 4. miejscu listy 100 wokalistów wszech czasów według Hit Parader, chciałbym odnieść się do przywołanego cytatu, który trafia w tematykę dzisiejszego wpisu.
Więc o czym dzisiaj pomarudzę?
Nie, nie o słoneczku, chociaż gimbusy mogą posmutnieć. (Bez urazy, moi drodzy. ;) )
Dzisiaj skieruję uwagę na zagadnienie zwane upartością.
Bez wątpienia upartość, to swego rodzaju siła. Nie jest to byle jaka siła. To ona właśnie pozwala nam na dążenie do wcześniej wyznaczonych sobie celów i osiąganie ich.
Ale skąd wziąć jakiś życiowy cel?
Wystarczy wsłuchać się w siebie. Nie tego siebie, którym jesteśmy w towarzystwie kumpli, czy w otoczeniu rodziny, ale w tę część siebie, którą jesteśmy tylko przed sobą. Dopiero wtedy możemy dostrzec, na czym tak naprawdę nam zależy. Nie porzucajcie nigdy swojej muzy, bo Ona może być matką Waszego życiowego sukcesu.
Jeżeli już jesteście sobą i wiecie na czym Wam zależy, myślcie o tym jak najwięcej i w towarzystwie jak najlepszych emocji. Uczucia i emocje to ogromna energia, mogą Wam pomóc zrealizować marzenia.
Jeżeli już wena Was odwiedziła, to właśnie upartość pomoże Wam w realizacji celu, tylko musicie o Nią dbać, podsycając Jej ogień wizją spełnienia go. Obrazem tego, co chcecie osiągnąć.

Ogień upartości niczym kowalski skwar
Z pomysłu, którym jest od weny dar
Wykuć pomoże losu kręte szyny
Po których przez życie szalenie dążymy.

Jeżeli jednak przez chwilę Wasz entuzjazm przygaśnie, Wasz zapał, a z nim upartość zgasną całkowicie.
A kto wie, czy to nie był akurat ten moment życia, który miał odmienić całkowicie Wasze losy?
Dlatego nigdy nie możecie się poddawać. Nie ważne, czy chodzi o pojedynczą rację w jakiejś sprawie, czy o Wasz projekt, czy o najskrytsze marzenie. NIGDY, ALE TO NIGDY NIE MOŻNA ODPUSZCZAĆ.
Jeżeli ktoś z Wami rywalizuje, to musicie być nie tylko uparci, ale bardziej zdeterminowani niż on. Tylko wtedy macie szansę na swój osobisty sukces. Nikt nie zwycięża przeciętnością, tylko właśnie tym, że się w czymś wyróżnia.

Dlatego starannie pielęgnujcie swoją upartość, a jeżeli ktoś Wam powie już kiedyś, że jesteście jak osioł, to skromnie podziękujcie!


Na koniec cała piosenka, enjoy:

Kiss my A$$

Siemanko po raz kolejny!

Po tekstach o nienawiści i odwadze, chciałbym Was zachęcić do bycia sobą. Po prostu.
Zacznę od tego, że nie wierzę w takie coś jak zmiana. Precyzując- zmiana charakteru. Według mnie charakter to część biologiczna, jak grupa krwi i kolor tęczówki. Nie da się tego zmienić tak o, bo chcę. Można zmienić zachowania, ale jeżeli zmienimy je wbrew sobie, to ani nie będą owocne, ani nie będziemy się z nimi dobrze czuć. Nasuwa się tu motyw maski z "Ferdydurke", ale dokładnie o to mi właśnie chodzi. Tylko ja uważam, że nie jesteśmy zmuszeni do przywdziewania masek mimowolnie i ciągle. Możemy być prawdziwym sobą, ale zazwyczaj boimy się tego i nasz strach nas zmusza do wpasowywania się w oczekiwania innych, otaczających nas ludzi.
Tylko właściwie po co?
Nie łatwiej żyć ze sobą w zgodzie? Teoretycznie nie jest to łatwe, bo często spotkamy się z krytyką, zazwyczaj wręcz obelgami. Bo jesteśmy "inni". Ale czy to naprawdę źle? Czy to jest złe, że każdy jest inny, unikatowy i niepowtarzalny? Czy jeżeli byłby drugi Jan Paweł II, to wszyscy wierni pokochaliby Go tak samo? Czy jeżeli byłaby druga Kim Kardashian, to czy Jej pośladki wzbudzałyby nadal tak wielkie zainteresowanie? No wątpię.
Dlatego też zacznijmy szanować siebie i to, jacy jesteśmy NAPRAWDĘ. Bez doklejania się na siłę w społeczny patchwork.
Żeby ułatwić to sobie, musimy to ułatwić też innym. Jeżeli sami przestaniemy prześladować (tak, prześladować, bo każde docinki, obelgi i wyzwiska odnośnie kogoś, to po prostu prześladowanie i nękanie) innych za to, jacy są, my też będziemy mogli być sobą. Wymagaj od siebie zawsze więcej niż wymagasz od innych. Nie, nie chodzi tu o to, że skoro Ty masz dresy, kompletów pięć, to inni muszą mieć co najmniej jeden. Jeżeli chcesz, by inni szanowali Ciebie, Twój styl, Twoją pasję i Twoje życie, rób to samo wobec nich.
Jak jednak zacząć to wszystko? Jak poradzić sobie na początku, kiedy słyszymy nieprzychylne komentarze zakompleksionych obserwatorów, którzy mają ze sobą problem, dlatego próbują zgnoić innych?
Wystarczy mieć ich zwyczajnie w dupie. Zajmij się człowieku sobą. Czy zmieni coś to, że ktoś powie, że masz ładną koszulkę? No dobra, będzie Ci miło przez chwilę. Ale jak ktoś powie, że rozcięty język jest fajny, to go sobie haratniesz? No ja bym nigdy tego nie zrobił (ale jeżeli ktoś to lubi, to też mi to nie przeszkadza, mimo, że kompletnie mi się to nie podoba). Dlatego po prostu róbmy wszystko, żeby dobrze się czuć ze sobą, a jeżeli komuś się to spodoba, to fajnie. Jeżeli nie, to jego problem, bo Tobie z tym dobrze. Nie staraj się zadowolić innych swoim kosztem, tylko rób to dla siebie. Trochę egoizmu nie zaszkodzi. ;)

Znowu tekst-tasiemiec, ale musicie mi to wybaczyć, bo inaczej nie umiem, ale przynajmniej wiem, że ujmuję aspekty, które ująć pragnę i mi z tym dobrze!

Czas na piosenkę!
Miłego:


I'm lovin', I'm livin', I'm pickin' it up

Czwartek, 19.07.2018. Zdecydowanie niezapomniany dzień. Wyobrażałem go sobie nie raz. Dawniej wydawało mi się, że będę skakał z radości pod...