Wyobrażałem go sobie nie raz. Dawniej wydawało mi się, że będę skakał z radości pod sufit niszcząc go przy tym.
Jednak jest nieco inaczej...
Ciężar emocjonalny mi na to nie pozwala.
Dostałem się na wymarzone studia do klasy prowadzonej przez rodzimą Legendę, najwspanialszego Profesora, jakiego poznałem w życiu. Wspaniały artysta, fenomenalny, wyrozumiały pedagog, inspirujący w każdym aspekcie. Człowiek, który pozwolił, żeby moja nadzieja na spełnienie marzeń się odrodziła i pomagał mi jak tylko mógł, dawał siłę, żebym osiągnął to, czego pragnę z całego serca, za co będę dozgonnie wdzięczny. To wszystko na jednej z najlepszych uczelni muzycznych w kraju w gronie cudownych przyjaciół i z szansą poznania kolejnych. Do tego cały nakład pracy i wyrzeczeń, jakie poświęciłem, by to się mogło stać i udało się. Nie każdy ma tyle szczęścia.
Powinienem się bezwarunkowo cieszyć! Pękać ze szczęścia, nie?
Powinienem...
Przez miniony rok studiowałem na innej akademii muzycznej ten sam kierunek.
Poszedłem tam, delikatnie mówiąc, z przypadku, żeby nie marnować kolejnego roku, a no i żeby się czegoś może jednak nauczyć.
I to ten ciężar.
Poznałem tyle wspaniałych, ciepłych osób, które towarzyszyły mi codziennie w studenckich zmaganiach, w tym kompletnie innym dla mnie świecie w porównaniu do poprzednich, jakże "naukowych" studiów. Zaprzyjaźniłem się z częścią z Nich, w końcu tyle razem przeżyliśmy. Często na zajęciach z aktorstwa czy interpretacji wypruwaliśmy całe swoje emocjonalne wnętrzności na zewnątrz i to właśnie w swoim towarzystwie. Każdy przechodził przez pełen wachlarz zadań i emocji, a inni wspierali, śmiali się, płakali, byli. Nasze muzyczne etiudy, gdzie każdy momentami wyglądał co najmniej, jakby częściowo był naćpany, a częściowo był po wylewie... Jednak nikt nie oceniał, po prostu byliśmy sobą i dla siebie. Przełamywaliśmy swoje słabości i się rozwijaliśmy. Jakie to było miłe, gdy każdy po kolei z dnia na dzień coraz bardziej zachwycał swoimi możliwościami i talentem. To jak oglądanie rozwijającego się pąku róży, gdzie na początku widać już barwę i czuć lekko tę słodką woń. Tak rodzą się artyści. Poprzez codzienną ciężką pracę i przełamywanie coraz to bardziej absurdalnych barier.
Ciało pedagogiczne to druga część tego ciężaru tęsknoty. Moi profesorowie, z którymi miałem zajęcia indywidualne- każdy pełen serca, cierpliwości, chęci do pracy i do dzielenia się tym, co ma najcenniejszego- wiedzą. Nawet w chwili, gdy powiedziałem Im, że rozważam zmianę uczelni, gdyż tego wymaga moja sytuacja życiowa, to byli dla mnie wsparciem i służyli pomocą. Nikt się nie obrażał, nie złościł. Rozumieli.
To wszystko skutkuje tym, że siedzę sobie w ten deszczowy dzień w fotelu. Siedzę z herbatą malinową i ryczę. Na zmianę. Raz z nieopisanej radości, jaka może towarzyszyć tylko spełnianiu swoich największych, życiowych marzeń, a raz ze smutku, że muszę zostawić to całe życie, które prowadziłem przez miniony rok, niejako za sobą. Że już nie będę widywał na co dzień tych twarzy, które życzyłbym sobie widzieć jak najczęściej. Jednak w życiu, jak to w życiu. Nie można mieć wszystkiego. Dlatego wierzę, że nie zapomnicie o mnie, nawet jeśli będę gdzieś daleko, bo ja o Was nie zapomnę nigdy.
Prywata:
Jeśli któreś z Was to czyta, to dziękuję Wam za miniony rok. Wiedzcie, że już zawsze będziecie dla mnie nieopisanie ważni i że już tęsknię zużywając domowe zapasy chusteczek i ledwo widząc, co piszę. Zawsze będziecie mile widziani, gdziekolwiek akurat bym nie był. Dziękuję, kocham, tęsknię.