Co mnie blokowało na tyle, że nie mogłem pisać, mimo że sprawia mi to nieopisaną radość?
Studia, moi mili. Studia.
Podwojenie nazwy tego zjawiska nie jest do końca przypadkowe.
Jeżeli mnie znacie albo czytaliście poprzednie posty, to wiecie, że studiuję dwa różne kierunki. RÓŻNE.
Żeby było ciekawiej, na dwóch różnych uczelniach.
No dobra, ale nie piszę tego, żeby się chwalić, bo nie uważam, żeby było czym.
Dlaczego zdecydowałem się na dwa kierunki na raz?
To nie jest tajemnica, że po to, żeby mieć wybór.
Tak. Dokładnie.
Nie potrafiłem zdecydować wcześniej, więc nie chciałem wykluczać z góry żadnej opcji. To był mój przebiegły zamysł od początku, że w razie któreś mi nie przypadną do gustu, to będę mógł z czystym sumieniem rzucić je w kąt i skupić się na tych, które mnie naprawdę interesują.
Nie przewidziałem jednak jednego.
Oba kierunki, tak odmienne, mogą mnie w jakiś sposób pochłaniać. Jak czarna dziura, a ja już czuję, jak staję się nicością w nieskończoności i nieskończonością w nicości.
Nie chodzi tu o to, że chodzę spać o 2 czy 3, śpię 5 godzin i zaczynam wszystko od nowa. Nie chodzi też o to, że cały weekend poświęcam albo na zjazd na studiach niestacjonarnych, albo na naukę.
Jedyne o co mi chodzi, to że chciałbym wszystko zrozumieć.
I tu się zaczynają schody.
Studia zaoczne na kierunku Ogrodnictwo (Niepozorne tylko z nazwy. Dla niedowiarków, radzę zobaczyć plan studiów czy opisy przedmiotów.)- wiadomo, specyficzna sprawa. Zostały skrócone z 9 semestrów (tak, 4,5 roku) do 7 (co daje 3,5 roku). Niby fajnie, rok szybciej papier. Szkoda, że mi nie zależy najbardziej na papierze. Przez ten sprytny zabieg mamy średnio po 7 godzin mniej każdego przedmiotu, przez co też odrobinę mniej informacji do nas dociera, bo jednak program na szczęście nie został zbyt okrojony. Wyrzucono fragmenty z wątpliwą przydatnością. Na szczęście wykładowcy to profesjonaliści najlepszego sortu i potrafią odnaleźć się w każdej sytuacji.
Chwała za to.
Studia dzienne na kierunku Zastosowania Fizyki w Biologii i Medycynie ze specjalizacją w Biofizyce Molekularnej.
Fajna nazwa, co?
Aż mam ochotę powiedzieć, że tylko nazwa, ale tak nie jest. Uczelnia, wszyscy wykładowcy i pracownicy są cudowni. Co do kierunku, to już niestety mam pewne zastrzeżenia, ale zacznę z troszkę innej strony.
Rady od starszych kolegów od samiusieńkiego początku (ba, wykładowcom też się "wymsknęło") brzmią mniej-więcej tak:
"NAJWAŻNIEJSZE! Tu nie ma czasu na rozumienie! Piszecie wszystko, co jest na zajęciach, zakuwacie na pałę i tak jedynie da się zaliczyć, bo nikt nie jest w stanie tego w takim czasie zrozumieć."
BTW dzisiaj, jak powiedziałem, że się uczę tak, że muszę sam wszystko przyswoić, to poczułem ten wzrok, o znaczeniu w stylu "Haha, młody i naiwny. Z takim nastawieniem szybko zmiękniesz."
Ale kurczę. Czy to o to w tym wszystkim chodzi? Żeby wszystko zaliczyć jak najszybciej i mieć papier? Żeby być taką naukową dziwką? Było, minęło, pozostały jakieś wspomnienia i papier.
Po co w takim razie? Żeby pójść do pracy i wtedy dopiero uczyć się tego, czego nie zrozumieliśmy w trakcie studiów, które są po to, żeby WYKSZTAŁCIĆ SPECJALISTÓW? A może po to, by niedokładnie wykonywać polecane nam obowiązki? Chcielibyście, żeby Wasz lekarz, od którego zależy Wasze życie, podążał za tym rozumowaniem?
No coś tu chyba nie gra.
Na domiar złego, usłyszałem dzisiaj, że od nowego roku jednak zmieni się plan studiów... Bez komentarza.
W każdym razie teraz mamy maraton z matematyką, który już kończymy(!!!), gdzie inne uczelnie/kierunki dopiero kończą rozgrzewkę. Nadchodzi fizyka.
Ale chwila. To biofizyka, tak?
No tak!
Otóż na dalszych etapach, z tego, co jest w planie, fizyka to już niewielka część zajęć, a dopiero wtedy wchodzi biologia, chemia, biochemia itp
Teoretycznie mamy teraz "Wstęp do biologii" i "Chemię ogólną", ale chyba same nazwy dostatecznie ilustrują specyfikę przedmiotów.
Bo oczywiście nie było można tego rozłożyć (prawie) równomiernie.
Cóż. Stało się.
Teraz chciałem Wam powiedzieć, co zrozumiałem. Coś naprawdę cennego dla mnie i cieszę się, że dojrzałem do takich wniosków, bo jeszcze niedawno były one dość odwrotne. Dotychczas chciałem jak najszybciej skończyć studia, kilka kierunków, które mnie interesuje i zająć się pracą.
Odtychczas (tak, wiem, że nie ma takiego słowa, ale nikt mi nie zabroni stworzenia go) postanowiłem, że ja ZROZUMIEM materiał, który realizuję na studiach. Jestem gotów nawet powtarzać przedmiot, tylko po to, żeby mieć wiedzę. Pójdę w wakacje do pracy, może jakieś praktyki, korki, cokolwiek. Będę jednak zbierać pieniądze, żeby móc studiować tyle, aż będę wiedział, że jestem wykształcony w tym kierunku, a nie mam tylko papier, którego, za przeproszeniem, mogę użyć po defekacji. Nie mówię, że będę umyślnie zawalał wszystko, co się da, ale pójdę do przodu dopiero, jak będę czuł, że jestem już do tego merytorycznie przygotowany. Wybrałem studia fizyczne, bo wiem, że to trudna nauka i zawsze miałem do niej szacunek, a ja lubię wyzwania i chcę się rozwijać. Najbardziej chciałbym badać zagadki otaczających nas zjawisk, całego Wszechświata. Tego nie da się robić rzetelnie świeżo po wyjściu z piaskownicy. Jestem też bardziej typowym przyrodnikiem i wiedziałem, że nie będzie mi łatwo, ale skoro już jestem, to chcę wynieść możliwie najwięcej z tego przecudownego miejsca, szczególnie, że jest tu od kogo się uczyć.
Motyl nie od razu rodzi się kolorowy. Powoli się przeobraża, by w odpowiednim momencie zachwycać swoim pięknem.
Apel podsumowujący:
Nie gońcie przez życie na ślepo.
Żeby zdać, żeby zaliczyć, żeby iść dalej...
Czasami warto zatrzymać się, rozejrzeć i pomyśleć, czy na pewno idziemy w dobrym kierunku.
Czy mamy ze sobą wszystko, co będzie nam potrzebne w dalszej wędrówce przez życie, które jest dostatecznie krótkie i nie trzeba przez nie biec. Jak idziecie do ZOO, to nie wchodzicie na 15 minut, żeby "pójść do ZOO". Zwiedzacie całą przestrzeń, przyglądacie się zwierzętom na wybiegach.
Bagaż doświadczeń i nauk nie zawsze musi być czymś, co nas obarcza, co nam ciąży.
Potraktujmy to wszystko, jako niezbędny ekwipunek, który umożliwi nam bezpieczną i odkrywczą podróż w przyszłość ze świadomością, że niczego nam nie zabraknie. W końcu chyba nikt nie lubi jechać nad morze bez ręcznika, stroju kąpielowego i kremu z filtrem, prawda?
Zwolnijcie i popatrzcie na piękno Świata. Na piękno, które jest też w Was.
Pozdrawiam!
sobota, 14 lipca 2018
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
I'm lovin', I'm livin', I'm pickin' it up
Czwartek, 19.07.2018. Zdecydowanie niezapomniany dzień. Wyobrażałem go sobie nie raz. Dawniej wydawało mi się, że będę skakał z radości pod...
-
Teraz zagadka. Czego jest coraz więcej na świecie, co doprowadza wielu ludzi do obłędu, autodestrukcji i innych negatywnych skutków, a na d...
-
Czwartek, 19.07.2018. Zdecydowanie niezapomniany dzień. Wyobrażałem go sobie nie raz. Dawniej wydawało mi się, że będę skakał z radości pod...
-
Jak co roku o tej porze ludzie są w szale świątecznych przygotowań. Mam wrażenie, że to święto stało się już bardziej tradycją, niż tylko ch...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz